13.12.2022, 23:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2023, 22:30 przez Morgana le Fay.)
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie "Piszę, więc jestem".
Najgorszy poranek w całym dwudziestodwuletnim życiu – tymi słowami mogła określić to, co miało miejsce do tej pory i… och, na Matkę, niechh no tylko stąd wyjdzie, a wręcz rozszarpie tę pieprzoną Daphne!
Choćby nawet miała skończyć w Azkabanie.
Tak, nie lubiła swej teściowej, praktycznie od początku. Wtrącała się, gdzie nie trzeba, oplątywała Perseusza niczym obrzydliwa kałamarnica, rozgaszczała się w jej własnym domu, a wywalenie za próg graniczyło niestety z cudem.
Tyle że o ile była w stanie znieść wszelkie docinki i interesowanie się nieswoimi sprawami – przynajmniej przez dłuższy czas – to dokonane tego ranka odkrycie było czymś o wiele gorszym niż wszystko, co Daphne do tej pory zrobiła. Słowa były tylko nimi. Słowami. Dało się je ścierpieć, pominąć milczeniem, udać, że nie usłyszało się jakiejś złośliwostki. Ale zmuszenie – bo inaczej tego się nie dało nazwać – do zajścia w ciążę, stanowiło pogwałcenie wszelkich możliwych zasad, jakie istniały, istnieją, będą istnieć. Być może nawet byłaby w stanie pogodzić się z odmiennym stanem – w końcu już dobrą chwilę była go świadoma. Być może – bo i coraz bardziej przyzwyczajała się do tej myśli. Eliksir nie zadziałał? No cóż, czasem się zdarzało, najwyraźniej. Tyle że to nie eliksir był winien.
Teraz jednak? Teraz kipiała w niej najszczersza nienawiść. Do Daphne, do pasożyta, jakiego w sobie nosiła. Nie był dziełem przypadku, lecz celowego działania, podszytego egoistycznymi pobudkami.
I, najgorsze, nic chwilowo nie mogła z tym zrobić, przynajmniej dopóki nie doprowadzi siebie do porządku. Nie, zaraz, to kto inny musiał to uczynić; sama nie mogła w tej chwili ani mówić, ani porządnie schwytać różdżki. Choć tyle, że również dała popalić Daphne, co dawało jakieś poczucie ponurej satysfakcji; tyle że satysfakcja nie sprawiała, że nie potrzebowała pomocy fachowca.
Stąd też jakimś cudem owinęła się szalikiem tak, żeby zakryć powód do plotek przed nazbyt ciekawskimi ślepiami. Te, jak podejrzewała, i tak się miały pojawić i tak, co nie oznaczało, że chciała, aby każdy, kogo mijała wiedział, jakiej klątwy padła ofiarą. W zasadzie to klątw.
Dojście do porozumienia z pracownikami Munga nie trwało długo – wystarczyło niezbyt zgrabnie uchylić rąbek szalika, żeby zostać przykładnie wpisaną w odpowiednie papiery i odesłaną do właściwej kolejki.
Dłużyło się, a jakże – niemniej czas ten spędziła całkiem konstruktywnie, o ile za takowe można uznać rozmyślania, w jaki sposób rozprawi się z teściową, jak bardzo rozsmaruje ją na ścianie, przerabiając tym samym na farbę do jednego z pokoi. W końcu z zamyślenia wyrwało ją wezwanie do gabinetu – stąd też podniosła się i skierowała w stronę drzwi, by przekroczyć próg pomieszczenia.
412