24.03.2024, 21:08 ✶
Bloki... Fakt, z blokami to można było porównywać Nokturny, ale my to byliśmy bardziej chłopaki Podziemia, a tam wszystkie prawa ulicznego życia były przemnożone razy sześćset, więc zadzieranie z kimkolwiek ze stałej braci mogło nie skończyć się gipsem, tylko marnym, rynsztokowym grobie z błota i gówna. Może nie chwaliłem się publicznie oraz prywatnie, że miałem okazję ukrócić życie kilku chłopa, ale tak to bywało... I choć Stanley był drogim kuzynem Persephonki, to jednak teraz byłem wkurwiony i jeszcze to wkurwiony na Persephonkę, i wkurwiony na Stanleya, też wkurwiony na Ambrosię, która przy okazji wkurwiona również broniła Stanleya, a ja jeszcze przy okazji demonizowałem Persephonkę, to się robiło prawdziwe gówno nam tu.
Może lepiej byłoby, gdybym połamał sobie nogę o tę przeklętą kanapę? Kurwa, nie wiem, co ona w sobie miała, że ledwo drgnęła, ale gdyby komuś z niej przysolić, to by po tym kimś było. Ciekawe, ile to-to właśnie ważyło, ale grube kilogramy. Zastanawiałem się nad tym tylko krótką chwilę, bo tu się działy rzeczy właśnie w przyspieszonym tempie, to chuj z rozkminami. Trzeba było przetrwać ten armageddon, a na niego najlepsza była improwizacja. Najlepsza i zarazem najgorsza, bo różnie z nią bywało. Ale robiło się gorąco, Stanley to jednak godny przeciwnik był, a też Rosie znowu zaczęła miotać rzeczami, które miała pod ręką, więc mogło się zdarzyć, że w końcu czymś we mnie trafi. Preferowałbym by to był kapeć zamiast szklanej kuli, ale to była kwestia szczęścia. Jak diabli.
- Proste jak chuj - odwarknąłem Stanleyowi, choć po sekundzie uświadomiłem sobie, że właściwie to z chujami potrafiło być tak, że było też na krzywo, więc to stwierdzenie błądziło, ale trudno. Słowo się rzekło i przy okazji trzeba było jednak zaniechać roztrzaskaniu głowy Stanka, bo ten znowu unosił się z niehonorową grą, walką właściwie, bo podniósł po raz drugi dziś na mnie różdżkę i to mogło się naprawdę źle dla mnie skończyć, więc jedyną opcją ratunku było odskoczenie.
Rzuciłem się jak ten szczupak w bok, co chciał sobie przeskoczyć kawałek rwącej wody. Nie wiem, czy trafiłem na kamień, czy na wodę, gdzie mogłem sobie dalej bezpiecznie odpłynąć... W sensie, jeśli mi się udało, to nie czekałem. Również postanowiłem porzucać rzeczami Rosie, skoro nie zależało jej na odpowiednim wystroju wnętrza, to mogłem jej pomóc w tym rozboju. Złapałem za świecznik ze stolika. Taki całkiem ciężki, ale niestety drobny, bo na jedną, samotną świecę. Cóż, jeśli udało mi się odskoczyć, to rzuciłem w Stanleya, celując w tę jego tchórzowską głowę.
Swoją drogą, ciekawe, które z rodzeństwa nazbiera więcej punktów za rzuty do celu...?
Rzut na szczupaka
Rzut na miotanie świecznikiem w Stanleya
Może lepiej byłoby, gdybym połamał sobie nogę o tę przeklętą kanapę? Kurwa, nie wiem, co ona w sobie miała, że ledwo drgnęła, ale gdyby komuś z niej przysolić, to by po tym kimś było. Ciekawe, ile to-to właśnie ważyło, ale grube kilogramy. Zastanawiałem się nad tym tylko krótką chwilę, bo tu się działy rzeczy właśnie w przyspieszonym tempie, to chuj z rozkminami. Trzeba było przetrwać ten armageddon, a na niego najlepsza była improwizacja. Najlepsza i zarazem najgorsza, bo różnie z nią bywało. Ale robiło się gorąco, Stanley to jednak godny przeciwnik był, a też Rosie znowu zaczęła miotać rzeczami, które miała pod ręką, więc mogło się zdarzyć, że w końcu czymś we mnie trafi. Preferowałbym by to był kapeć zamiast szklanej kuli, ale to była kwestia szczęścia. Jak diabli.
- Proste jak chuj - odwarknąłem Stanleyowi, choć po sekundzie uświadomiłem sobie, że właściwie to z chujami potrafiło być tak, że było też na krzywo, więc to stwierdzenie błądziło, ale trudno. Słowo się rzekło i przy okazji trzeba było jednak zaniechać roztrzaskaniu głowy Stanka, bo ten znowu unosił się z niehonorową grą, walką właściwie, bo podniósł po raz drugi dziś na mnie różdżkę i to mogło się naprawdę źle dla mnie skończyć, więc jedyną opcją ratunku było odskoczenie.
Rzuciłem się jak ten szczupak w bok, co chciał sobie przeskoczyć kawałek rwącej wody. Nie wiem, czy trafiłem na kamień, czy na wodę, gdzie mogłem sobie dalej bezpiecznie odpłynąć... W sensie, jeśli mi się udało, to nie czekałem. Również postanowiłem porzucać rzeczami Rosie, skoro nie zależało jej na odpowiednim wystroju wnętrza, to mogłem jej pomóc w tym rozboju. Złapałem za świecznik ze stolika. Taki całkiem ciężki, ale niestety drobny, bo na jedną, samotną świecę. Cóż, jeśli udało mi się odskoczyć, to rzuciłem w Stanleya, celując w tę jego tchórzowską głowę.
Swoją drogą, ciekawe, które z rodzeństwa nazbiera więcej punktów za rzuty do celu...?
Rzut na szczupaka
Rzut PO 1d100 - 78
Sukces!
Sukces!
Rzut na miotanie świecznikiem w Stanleya
Rzut PO 1d100 - 69
Sukces!
Sukces!