Jeśli Rodolphus zastanawiał się kiedyś, jak dokładnie wygląda praca aurora albo brygadzisty, takiego standardowego, a nie Brenny Longbottom, czy jest nudną papierkową robotą i prestiżem tylko teoretycznym za nic – to teraz miał przynajmniej przykład tego, co może się stać w trakcie śledztwa: może się przydarzyć na przykład smok. Fakt, że było to w towarzystwie (nie)sławnej Brenny, jednak tym razem to ona była damą ratowaną z opresji. Widząc uśmieszek kuzyna, Victoria też się uśmiechnęła jednym kącikiem ust i nic już na ten temat nie powiedziała.
Ano, mówił, że skrzat przychodzi – czasem. Victoria zrozumiała więc z tego, że niezbyt regularnie, co oznaczało, że albo musiał mieszkać w kurzu, albo jednak sprzątał, a skoro nie za bardzo chciał używać zaklęć do sprzątania… równanie samo się klarowało, a uśmieszek Lestrange się powiększył, bo do jednego kącika dołączył teraz drugi.
– Dla zabawy – odparła całkowicie zgodnie z prawdą, chociaż „bez powodu” również brała pod uwagę przez ułamek sekundy. Bo właściwie powód był to żaden, jej też wcale nie zależało, po prostu zabrnęła w tę rozmowę i jakoś się tak potoczyło… – Jeśli szukasz drugiego dna, to się rozczarujesz. Nie mam żadnego ukrytego motywu.
Patrzyła na Rodolphusa przez moment z uwagą, po czym westchnęła.
– A bo ja wiem… Zaprosiła go do gabinetu, siedzieli tam długo, wyszedł podobno z nietęgą miną. Może dostał jakiś opierdziel, a na koniec mu powiedziała, że dziękuje i że może wyjść? Tak bym się spodziewała, ale od tamtego momentu go nigdzie nie widziałam. Ani na stołówce, ani w sowiarni, ani w sumie nigdzie – był poszukiwany i Victoria podejrzewała, że i Stanley zwietrzył trop, może faktycznie miał coś na sumieniu i wolał się ulotnić… jednak dla jego bezpieczeństwa wolała w to nie wtryniać swojego zgrabnego nosa. Miała zresztą inne problemy na głowie, nawet jeśli miała swoje podejrzenia. To, że na Stanleyu ciążył nakaz aresztowania, nie zamierzała zdradzać każdemu. Saurielowi… pewnie by powiedziała. Samemu Stanleyowi również. Ale to tyle.
– To miło, że zauważyłeś – powiedziała z jakąś taką satysfakcją w głosie. Tak, była uparta, jak diabli, ale nie każdy to od razu widział. A wywrócenie oczami było tym bardziej potwierdzeniem, że udało jej się wyszturchać młodego Rodolphusa – naprawdę, jak taka starsza siostra, która droczy się z bratem tylko dlatego, że może. – Pomyśl, może ci się spodoba bardziej niż podejrzewasz. To doskonałe odprężenie – i od razu w domu robiło się trochę przytulniej. Schowała różdżkę do torebki i przestała bawić się włosami, ale nie odłożyła jej z powrotem na stół. Wstała niespiesznie i obróciła się, rozglądając po pomieszczeniu, przeleciała wzrokiem po równo ułożonych książkach, zanotowała, gdzie stoją jakie regały, co na nich jest, wymyślając już cały plan dla Rodolphusa, by gdy wyśle mu jego pierwszą doniczkę, spisać mu DOKŁADNE instrukcje, włącznie z tym, gdzie ją umieścić. Oparła się o oparcie fotela. – Chyba powoli czas na mnie? Chyba że chcesz wyjść ze mną na obiad? – bo czemu nie? Mogła go wyciągnąć do jakiejś knajpki, którą lubiła odwiedzać.