Przynajmniej tyle. Przynajmniej tyle rozumiał - że miał tu siedzieć i na niego czekać, że miał go nie zostawiać, to było dla niego tak ważne, bo tak cholernie bał się odrzucenia... Jeszcze dzisiaj rano był praktycznie pewny nicości, jaka miała czekać tu na niego po powrocie - nie miał tu nawet za dużo do spakowania, przyszedł tu jak na ścięcie, chcąc sprowokować kolejną z rzędu kłótnię, po której wszyscy będą mieli go dosyć, a jednak Alexander przy nim trwał. To było niesamowicie ciężkie, żeby nie wybuchnąć teraz śmiechem ani płaczem. Śmiechem, bo to było takie kurwa żałosne. Płaczem, bo nawet on mu teraz współczuł. Jednocześnie za nic w świecie nie chciał znaleźć się w świecie skonstruowanym choćby o milimetr inaczej. Wiedział, że to było chore - nawet nie miesiąc temu wymusił na nim akceptację pojawienia się w jego życiu kogoś jeszcze, a teraz...
- Myślisz, że bym się z niej nie wydostał, gdybym tego chciał? - Pomyślał, dodając do słodkiego momentu odrobiny goryczy. Bo to była prawda. Nie istniały kajdany, których by z siebie nie ściągnął. Nie poznał kłódki, której nie był w stanie otworzyć. Nie istniała klatka mogąca utrzymać go w ryzach. - Wydostałbym się z każdego miejsca, Al. - Mógł być tego absolutnie pewny. Ale Flynn nie miał odwagi powiedzieć tego na głos. - Tacy ludzie jak ja wygryzą dziurę we wszystkim, żeby zasmakować wolności.
A jednak tu wracał. Wracał tu, chociaż to był taki grząski grunt, chociaż się tu ostatnio czuł tak niebezpiecznie... Przez to jak bardzo obawiał się bycia opuszczonym, nauczył się być tym, który odchodzi pierwszy, nawet jeżeli później nie mógł znieść własnego odbicia w lustrze i zgryzał paznokcie do krwi, nie mogąc wybaczyć samemu sobie tego, co znowu odpierdolił.
Zapragnął wykrzesać z siebie odrobinę tej agresji sprzed chwili, ale jedynym co teraz czuł, było ciepło. Ciepło na które pewnie nie zasługiwał - bo czym sobie niczym zasłużył na te wargi stykające się z jego, na możliwość oplecenia Alexandra rękoma? Oparł się pośladkami o biurko, odchylając głowę do tyłu. Odsłonił tę szyję, bo domagał się większej ilości pieszczot, nawet jeżeli włosy śmierdziały mu wciąż morską wodą, a jeszcze kilka minut temu gryzły go wyrzuty sumienia po obudzeniu się w łóżku innego faceta.
- Skoro będziesz na mnie czekał, to będę do ciebie wracał - zapowiedział z odrobinę zbyt nonszalancką miną jak na to, z jakim trudem wydusił z siebie te słowa. Ale robił to przecież celowo. To była jego mina kokietki, za kilka sekund przygryzie wargę, wpatrując się w niego z dołu. - Zauważyłem, że całkiem często do ciebie wracam... - szczególnie jak na częstotliwość ich kłótni o potencjalne zniknięcie Flynna z cyrkowego grajdołka - myślisz, że mam na twoim punkcie jakąś obsesję...? - Miał. Ale też jakoś bardziej zależało mu na tym, żeby Alexander szalał za nim - i chyba mu się to udawało. Bo to musiało być szaleństwo, żeby się tak zawzięcie trzymać tego człowieka. Co tak naprawdę sprawiało, że nie skończył sam na bruku?
- Wiesz cz-czego chcę? - Ani tu zostać, ani stąd iść. Mógłby zostawić ten cyrk za sobą jeszcze dzisiaj, nawet jeżeli przywykł do tych ludzi, wciąż był kompletną szują. - Żebyś mnie sobie nigdy nie odpuścił - Przygryzł tę wargę, bo jedna z rąk zsunęła się z jego barku i zawędrowała w dół. Zaczął szarpać się z jego paskiem. Wpierw głowa podsunęła mu pomysł, aby zapytać: nie ma dla ciebie nikogo innego, prawda? Odrzucił to i zamiast tego powiedział: Nikt inny nie sprawia, że się tak czujesz, prawda? Bo tego był całkowicie kurwa pewny. Mógł go sobie kiedyś wymienić na kogoś spokojniejszego, kogoś, kto nie zamieniał jego życia w bagno, bo znowu kompletnie losowa rzecz sprawiła, że zaczął wysysać energię ze wszystkich wokół. Ale zawsze będzie myślał o tych jego durnych, gęstych rzęsach, zapadniętych policzkach i łzach spływających z kącików oczu.
- Myślisz, że bym się z niej nie wydostał, gdybym tego chciał? - Pomyślał, dodając do słodkiego momentu odrobiny goryczy. Bo to była prawda. Nie istniały kajdany, których by z siebie nie ściągnął. Nie poznał kłódki, której nie był w stanie otworzyć. Nie istniała klatka mogąca utrzymać go w ryzach. - Wydostałbym się z każdego miejsca, Al. - Mógł być tego absolutnie pewny. Ale Flynn nie miał odwagi powiedzieć tego na głos. - Tacy ludzie jak ja wygryzą dziurę we wszystkim, żeby zasmakować wolności.
A jednak tu wracał. Wracał tu, chociaż to był taki grząski grunt, chociaż się tu ostatnio czuł tak niebezpiecznie... Przez to jak bardzo obawiał się bycia opuszczonym, nauczył się być tym, który odchodzi pierwszy, nawet jeżeli później nie mógł znieść własnego odbicia w lustrze i zgryzał paznokcie do krwi, nie mogąc wybaczyć samemu sobie tego, co znowu odpierdolił.
Zapragnął wykrzesać z siebie odrobinę tej agresji sprzed chwili, ale jedynym co teraz czuł, było ciepło. Ciepło na które pewnie nie zasługiwał - bo czym sobie niczym zasłużył na te wargi stykające się z jego, na możliwość oplecenia Alexandra rękoma? Oparł się pośladkami o biurko, odchylając głowę do tyłu. Odsłonił tę szyję, bo domagał się większej ilości pieszczot, nawet jeżeli włosy śmierdziały mu wciąż morską wodą, a jeszcze kilka minut temu gryzły go wyrzuty sumienia po obudzeniu się w łóżku innego faceta.
- Skoro będziesz na mnie czekał, to będę do ciebie wracał - zapowiedział z odrobinę zbyt nonszalancką miną jak na to, z jakim trudem wydusił z siebie te słowa. Ale robił to przecież celowo. To była jego mina kokietki, za kilka sekund przygryzie wargę, wpatrując się w niego z dołu. - Zauważyłem, że całkiem często do ciebie wracam... - szczególnie jak na częstotliwość ich kłótni o potencjalne zniknięcie Flynna z cyrkowego grajdołka - myślisz, że mam na twoim punkcie jakąś obsesję...? - Miał. Ale też jakoś bardziej zależało mu na tym, żeby Alexander szalał za nim - i chyba mu się to udawało. Bo to musiało być szaleństwo, żeby się tak zawzięcie trzymać tego człowieka. Co tak naprawdę sprawiało, że nie skończył sam na bruku?
- Wiesz cz-czego chcę? - Ani tu zostać, ani stąd iść. Mógłby zostawić ten cyrk za sobą jeszcze dzisiaj, nawet jeżeli przywykł do tych ludzi, wciąż był kompletną szują. - Żebyś mnie sobie nigdy nie odpuścił - Przygryzł tę wargę, bo jedna z rąk zsunęła się z jego barku i zawędrowała w dół. Zaczął szarpać się z jego paskiem. Wpierw głowa podsunęła mu pomysł, aby zapytać: nie ma dla ciebie nikogo innego, prawda? Odrzucił to i zamiast tego powiedział: Nikt inny nie sprawia, że się tak czujesz, prawda? Bo tego był całkowicie kurwa pewny. Mógł go sobie kiedyś wymienić na kogoś spokojniejszego, kogoś, kto nie zamieniał jego życia w bagno, bo znowu kompletnie losowa rzecz sprawiła, że zaczął wysysać energię ze wszystkich wokół. Ale zawsze będzie myślał o tych jego durnych, gęstych rzęsach, zapadniętych policzkach i łzach spływających z kącików oczu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.