25.03.2024, 04:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.05.2025, 21:42 przez Alexander Mulciber.)
Szalony Kapelusznik
– Żryj gówno – wywrzeszczał Alex, i zamachnął się trzymanym w dłoniach flamingiem jak kijem do krykieta, wcześniej uważnie wycelowawszy pocisk – którym był jeż zwinięty w ciasną, kolczastą kulkę – tak, by trafić w sam środek wstrętnej mordy Louvaina Lestrange’a, nie wiedzieć czemu, przemienionego w wielką, obślizgłą Gąsienicę.
Nie trafił… Bo jeż pisnął przerażony i uciekł mu spod kija.
Głupie ptaki, pomyślał z irytacją Mulciber, kiedy tradycyjny okrzyk bojowy Królestwa Kier, który tak dumnie przed chwilą wywrzeszczał, powieliła reszta flamingów, zupełnie jakby kpiły z jego umiejętności krykieciarskich. Rzucił na bok trefny kij, i wziął następny, wsłuchując się, jak ptaki zaczynają ze sobą harmonizować.
– Jesteście, kurwa, flamingi, czy papugi? – spytał gniewnie, a ptaki widocznie przeraziły się jego gniewu, bo przestały małpować bluzgi mężczyzny. Zamiast tego, chórem zaintonowały przepiękną pieśń zapierającą wszystkim dech w piersiach. Wszystkim, tylko nie Alexandrowi. On oddychał głęboko, skupiony – poza tym krótkim momentem, kiedy musiał poprawić zsuwający mu się z głowy, wielgachny kapelusz – oblizał suche usta, i spróbował skupić wzrok na kulącym się przed nim ze strachu jeżu...
Zamrugał. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że nie słyszy na jedno ucho. Widział dziwnie nieostro. Pewnie dlatego, że źrenice miał teraz tak szerokie, że tęczówki jego oczu wydawały się niemal czarne. Nie pamiętał, żeby coś brał. Nic nie pamiętał. Może nie chciał pamiętać.
Zamachnął się.
Trafił!!!!!!!!!!!!!!!
Louvain wydał z siebie przeraźliwy skowyt, kiedy jeż uderzył go prosto w nos z całym impetem swojego malutkiego, kolczastego ciałka. Krzyk obślizgłego pędraka wprawił Mulcibera w stan niemalże ekstazy, choć wszystko inne – cała Kraina Snów – ucichło i skuliło się w sobie. Nawet flamingi przestały śpiewać. Ale Alexander uśmiechał się szeroko, wsłuchując się w jęki mężczyzny przemienionego w robala. To dopiero była muzyka! Poszedł w pobliskie krzaki, szukać szczęśliwej piłki, która odbiła się od twarzy Lestrange’a. Obawiał się, że przepadła bezpowrotnie, ale wierzył, że a nuż, zamiast jeża, znajdzie w krzakach kolczatkę, a może nawet jeżozwierza! Musiał wypróbować takie cacka na Louvainie. To znaczy, na Gąsienicy.
– Uszanowanie paniom – powiedział szarmancko, widząc na skraju lasu dwie znajome twarze, ukłonił się, prawie do ziemi, zgarniając przy okazji jeża, który pragnął czmychnąć w leśne ostępy, i jak gdyby nigdy nic, wytwornie pomachał swoją czapką, jak dżentelmen uchylający cylindra damom. – Loretto, kapelusz tego trującego muchomora czerwonego doskonale podkreśla twój rumieniec. – Choć mój kapelusz jest większy, pomyślał dumnie, poprawiając kolorowe koromysło, które nie wiedzieć skąd, pojawiło się wcześniej na jego głowie. – A ty, Diano, jesteś taka biała, że prawie cię pomyliłem z muchomorem sromotnikowym – stwierdził radośnie, wycierając plamkę po malinach z buzi szwagierki kolorową chusteczką dobytą ze swej butonierki. Podał jej flaminga – to znaczy, kij do krykieta – i jeża – to znaczy, piłeczkę. – Trzymaj, maleńka, pierdolniesz sobie jeżem w Louva... Gąsienicę, to od razu nabierzesz kolorków.
Powiódł wzrokiem po kobietach. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jakie były przy nim malutkie. A może to on był wielkoludem? Poprawił kapelusz, bo czuł, że ten przekrzywił mu się na prawe ucho.
– A może napijecie się herbatki z suszu?! – Wyglądał na nienaturalnie pobudzonego, kiedy łypnął na Lorettę i Dianę z cwanym uśmieszkiem.
A potem nastąpił na dziwnego grzyba i wyleciał w powietrze.
–––
Alexander Mulciber obudził się zlany zimnym potem. Obejrzał się na kobietę, śpiącą spokojnie tuż obok. Widok blond włosów rozsypanych na poduszce wystarczył, by ukoić jego niepokój. Pomyśl, że to sen, przemknęło mu przez głowę. Na szczęście, nie pamiętał, co mu się przyśniło. Sięgnął po leżącą na stoliku obok łóżka fiolkę z eliksirem nasennym, który Ambrosia spakowała im na podróż, i wychylił ją jednym haustem. Czuł jak jego ciało na powrót ogarnia przyjemne rozluźnienie.
Pozwolił szeptom Windermere ukołysać się do snu.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat