Morpheus nigdy nie utożsamiał się z Cesarzem. Jednak to przy tej karcie ułożył swoje opuszki, nie dotykając jej, na krawędzi, przypominającej preludium sensualności. Nie lubił dotykać talii innych osób, nie lubił, gdy ktoś dotykał jego własnych, więc z szacunku nie zrobił nic bliższego, niż wzburzenie nieistniejącego pyłu z biurka, opierając trzy palce o blat. Trzy palce, trzy karty, przyszłość, przeszłość i teraźniejszość. I rydwan, po boku, odsunięty od całości, dostrzeżony tylko dlatego, że tego był uczony Morpheus odkąd wypowiedział swoją pierwszą przepowiednię w wieku lat sześciu.
Jako dziecko Longbottom odstawał od swojej rodziny narwanych dobrodusznych arystokratów jeszcze bardziej. Z wielkimi, ciemnymi oczami, zbyt długimi nogami i rękoma, chowając się w połowie za spódnicą swojej matki, przypominał trochę wiktoriańską porcelanową lalkę. Mówił dziwnie, dziecięcy głos skażony przez śmiech bogów, aroganckie usta wygięte w podkówkę. Lata zahartowały go i zmieniły chudą sylwetkę w kwadratowe plecy, silne łydki i prostą postawę, jakby gotowości do fechtunku. Jeden z jego braci złamał mu nos, już nie pamiętał nawet który, a jego duma nie pozwalała go naprawić; zresztą przez to przypominał jeszcze bardziej ojca, łaknąc tego podobieństwa. Otulony ekstrawagancką ilością szat, udrapowanych na ramionach w matowej czerni, mógł przypominać cesarza; zresztą myślał o tym, aby pozwolić sobie na zapuszczenie brody, chociaż codziennie golił się brzytwą i czesał włosy, ujarzmiając je Ulizanną do tyłu, w taką samą fryzurę od prawie trzydziestu lat. Prawie tyle, ile miał Mulciber.
Chciałby być Cesarzem, bardzo lubił inne imię tej karty, Syn Jutra. Stabilność jednak nie należała do jego obecnych zalet. Samo stwierdzenie zaś Alexandra, że opowieść kart miała coś wspólnego z nim samym, rozbawiła Morpheusa. Wieszcz nie byłby sobą, gdyby nie skalkulował ścieżki swoich współpracowników, w tym Alexandra. Piękne imię, układało się gładką ostrością połączenia pierwszych trzech liter i wężowego syczenia iksa, płynęło przez meandry łagodności i kończyło przyjemnym dla ucha warkotem. Odpowiednio długie, z dobrym skojarzeniem. Dumas, Puszkin, Aleksander Wielki. Karty historii naznaczało raz po raz to imię, skraplając je krwią i atramentem. Karty urodzeniowe Mulcibera ukazywały bardzo specyficzną ścieżkę życia. Śmierć i Cesarz. Ciągła zmiana, która dotyczy każdego, czy to króla czy nędzarza oraz ten, który wytycza nowe ścieżki i stanowi stabilną ostoję. Droga tego, który znajduje swoją stabilizację poprzez wiele "śmierci", znalezienie siebie samego nie pomimo tych zmian, ale dzięki nim. Musiał jedynie ujarzmić te archetypy własną siłą charakteru, chociaż starszy Niewymowny nieco obawiał się, że dla czarodzieja może być jeszcze za wcześnie. Lub za późno.
Chociaż tylko z plotek, słyszał o Donaldzie. Nie chciał rozmawiać o martwych braciach, nie-do-końca martwych, o śpiączce i zawieszeniu (och, biedna Mildred), współczuciu i kondolencjach. Nie chciał o tym rozmawiać, a zresztą, z tymi, z którymi próbował... W gruncie rzeczy nie miało to żadnego znaczenia, bo nie wychodziło. Filtr erudycji i metafory zbyt często odbierał mu możliwość szczerego wyrażania się na temat tego, co boli.
— To tylko mój wrodzony urok. Powiedziałbym, że nadchodzi mistrz ukrytych arkan, ale widziałbym wtedy tam Kapłankę i Maga. — Postukał dwoma palcami biurko, rozważając coś z marsową miną. Jedną z niewielu cech wyglądu, jaka pozostała z jego dziecięcych rysów, było właśnie to aroganckie wygięcie warg.
— Sporysz — wyjaśnił w końcu. — Ognie świętego Antonieg, ignis sacer. Według wstępnych badań wyroczni na Simi, przynajmniej część kapłanek przyjmowała go w ramach swojej inicjacji. Poza badaniami stricte archeologicznymi, próbuję dociec czy był to jedynie element wzmocnienia dla mugolskiej części społeczności czy rzeczywiście techniki kapłanek wspierały dary Trzeciego Oka.
Morpheus nie do końca wiedział, czym jest sporysz, poza podstawowymi informacjami, to jest narośl, znajdowana na zbożu, powodująca halucynacje i że w 994 roku w Akwitanii zmarło z jego powodu około 40 tysięcy osób. Ciekawiło go jednak działanie, jakie mogło wywołać na kogoś obdarzonego darem jasnowidzenia i czy rzeczywiście mogło uwrażliwić jeszcze ten zmysł. Jeśli zaś miał testować jakieś substancje, to jedynie z Alexandrem Mulciberem.
Wewnątrz pudełka nie znajdowały się jednak ziarna sporyszu, a pasta, wykonana zgodnie z instrukcją, podaną na jednej z kamiennych inskrypcji, której fotografia oraz tłumaczenie zostały załączone w dokumentacji.
Longbottom usiadł obok drugiego czarodzieja, na narożniku biurka, wyciągając nogi przed siebie. Spojrzał krytycznie na ciasto i pokręcił głową.
— Nie mam tyle insuliny ze sobą, a znacznie bardziej interesuje mnie działanie tego... — wskazał głową maź — Niż śpiączka cukrowa.