25.03.2024, 17:38 ✶
— Wówczas nie zgłębi danego dzieła w pełni i zapozna się z nim na ograniczonym poziomie — stwierdził, nie mając nawet zamiaru przekonywać Anthony'ego, że mogłoby być inaczej. Pewnych rzeczy nie dało się przeskoczyć, toteż należało je po prostu zaakceptować. — Nie podoba mi się pomysł, że dostęp do sztuki powinien być ograniczony dla osób uznanych za uprawnione do jej pełnego docenienia. To dość elitarne podejście. — Wbił w mężczyznę uważne spojrzenie, jak gdyby gotów był zgromić go wzrokiem, gdyby nie zgodził się z nim w tej kwestii. — Sztuka poszerza horyzonty i nawet prosta interakcja z nią może zdziałać cuda. Potrafi rozbudzić ciekawość i... pragnienie, żeby zobaczyć i doświadczyć czegoś więcej. W pewnym sensie.
Czyż nie dotyczyło to również ludzi? Do niektórych osób naturalnie lgnęło się przez ich charyzmę lub niezwykłą atmosferę, którą tworzyli samą swoją obecnością. Nie trzeba było znać ich na wylot, aby po prostu przebywać w pobliżu i cieszyć się ich obecnością. Można było poznawać ich kawałek po kawałku, spotkanie po spotkaniu odkrywając kolejne karty z ich osobistej talii, dopóki nie zapoznało się z ich zwyczajami czy zagrywkami. A na końcu drogi i tak mogła czekać niespodzianka w postaci ukrytych asów w rękawie, co tylko potwierdzało, że każdy potrafił być pełen niespodzianek, bez względu na to, że znało się daną osobę od podszewki. A to, czy niespodzianki były dobre, czy złe, zależało już od konkretnych sytuacji.
— Ja... — zawiesił głos, ściągając brwi aż do grzbietu nosa, gdy zaczął głębiej zastanawiać się nad pytaniem Anthony'ego. Instynkt podpowiadał, że nie byłoby to słuszne, jednak miał wrażenie, że to jedno pytanie ciągnęło za sobą armię większych, które do najprostszych już nie należały. Chrząknął cicho. — Cóż, nie unikniemy tego. Jeśli któremuś z nas uda się zapisać na kartach historii, to za kilkadziesiąt czy nawet kilkaset lat, to co sami o sobie myślimy, nie będzie miało większego znaczenia. Będą liczyły się fakty, a nawet one będą mógł zostać nagięte do narracji, jaka będzie nas otaczać. — Westchnął cicho, pocierając nóżkę kielicha. — Rodzina i przyjaciele, którzy mogliby przekazać fakty na nasz temat, obrócą się w niebyt i zostanie jedyna historia, spisana w podręcznikach lub na kartach gazet.
Będą poznawani na podstawie słów poczytnych autorów, dziennikarzy i pismaków; jeśli napiszą o nich dobrze, staną się bohaterami, lśniącymi przykładami złotej ery świata czarodziejów, a jeśli źle, to nawet jeśli ich reputacja mówiłaby inaczej, staliby się złoczyńcami. Bądź co bądź, historię pisali zwycięzcy. Może niektórzy historycy by się zainteresowali, pomyślał przelotnie. To jednak wymagałoby by od nich lepszego zrozumienia czasów, w jakich żyli, łączących ich z innymi relacji, sytuacji społecznej i politycznej, a przede wszystkim tego, jacy byli i co ich napędzało do działania. W przedziwnym razie dostrzegliby tylko najprostszą, opisaną w kilku słowach wersję danej osoby. Jak obraz, który dało się określić jedynie słowami ładny i nieładny, bo nie znało się myśli inicjującej. W oczach Erika błysnęły iskierki zrozumienia, gdy zestawił tę myśl z poprzednimi słowami Shafiqa.
— Eee? — Pokręcił z niedowierzaniem głową. — Nie przypominam sobie, abym chociaż raz zobaczył tę skromność przez ostatni tydzień. Byłeś wręcz... onieśmielający. — Uśmiechnął się do siebie, smakując w ustach to słowo z tą samą starannością, z jaką przed chwilą degustował lokalne wino. — Zwłaszcza kiedy zorientowali się, że mówisz równie swobodnie po włosku, co po angielsku. To ich mocno zbiło z tropu.
Zachowywali się wówczas jak dzieciaki, które zostały przyłapane przez rodziców na podkradaniu słodyczy ze słoika w spiżarce; zawstydzone raczej samym złapaniem na gorącym uczynku niźli własnymi intencjami. Tylko że w przypadku Anthony'ego stającego w szranki z innymi dyplomatami, stawka była dużo większa, niż zakaz lizaków czy ciastek z dżemem na tydzień. Może to przez te niuanse, Erik doceniał szansę, jaką dał mu Bones, pozwalając mu na udział w tym wyjeździe. Tak jak w pojedynkach czarodziejów, tak i w pertraktacjach element zaskoczenia stanowił znaczącą przewagę dla tego, kto potrafił z jej skorzystać. I może nie była to jedyna lekcja, jaką Longbottom wyciągnie z tej delegacji?
— Tylko? A może aż? — Wyszczerzył zęby w podstępnym uśmiechu. — Nie słyszałeś, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? Takiś chętny do spotkania z diabłem? — Łapanie mężczyzny za słówka sprawiało mu niemałą frajdę. Wychodził z założenia, że w porównaniu z Anthonym nie miał się czym zbytnio popisać w tej rozmowie, a musiał sobie przecież jakoś radzić, prawda? — Ale jeśli masz jakieś sugestie co do tego, co powinno trafić w moje gusta, to bardzo chętnie je przyjmę. Konstruktywną krytyką staram się nie gardzić.
Nieoczekiwana oferta odwiedzenia Shafiqa we Francji, sprawiła, że rozpromieniona twarz Longbottoma uległa mieszance zdziwienia i zainteresowania. Miewał znajomych z różnych kręgów, a rodzinny skarbiec nie świecił pustkami, jednak rekreacyjne wypady poza granicę kraju, dalej stanowiły poniekąd luksus. Pieniądze i współtowarzysze zawsze by się jacyś znaleźli, jednak czas na takie wyprawy było dużo trudniej wygospodarować. Zwłaszcza gdy wezwanie do Brygady Uderzeniowej mogło przyjść o każdej porze dnia i nocy, jeśli sprawa była wyjątkowa poważna.
— Nigdy się nie dowiemy, jeśli nie spróbujemy — odparł.
Mimowolnie poprawiając się na kanapie, gdy Anthony nachylił się ku niemu. Ciekawiło go, jakie to też myśli podsuwało mu włoskie wybrzeże i francuskie wzgórza. Jaką historię tkały w jego głowie, sycąc zmysły obrazami, odgłosami i dźwiękami, tak znajomymi, a zarazem tak obcymi dla kogoś, kto zapewne większość życia spędził na Wyspach?
— Okoliczności też mają na to spory wpływ. Jak i to, kto wykonuje pierwszy krok. — Bądź co bądź, to nierzadko właśnie pierwsze chwile kontaktu jednego człowieka z drugim wyznaczały tempo ich relacji, pokazując, jak duża chemia występuje między nimi. Czasem trafiało się na bratnią duszę, z którą momentalnie łapało się świetny kontakt, a czasem szło jak po grudzie i każdy uśmiech czy komplement był jak łup wywalczony w wielkiej bitwie. — Na przykład...
Lekki uśmiech zamarł na jego twarzy, gdy przy wejściu do apartamentu rozbrzmiał dzwonek oznajmiający przybycie motylka pocztowego. Oczywiście, akurat, kiedy zaczynał się rozkręcać i ugruntowywać swoją pozycję w tej rozmowie, ktoś musiał przerwać. I cały misterny plan zaczął się walić. Równie dobrze mogli wrócić do początku, bo informacja o wezwaniu na masaż, zupełnie wytrąciła Erika z rytmu. Westchnął przeciągle i odstawił pusty kieliszek na stolik, aby zaraz podnieść się z kanapy.
— Chyba czas na nas — rzucił, pocierając bezwiednie kłykciami dłoni o siebie nawzajem. — Pójdę się przebrać. — Ruszył w stronę korytarza, jednak zatrzymał się na progu salonu, aby zwrócić się ku starszemu czarodziejowi. — A i tak na przyszłość... Na drugie imię mam Alexander, a nie kalo..ghita?
Skrzywił się, kiedy wypowiadał to... Imię? To chyba było imię. Czuł się nieco niekomfortowo, bo miał wrażenie, że wyprowadza Anthony'ego z błędu, w jakim tkwił od początku delegacji. Skąd w ogóle wpadł na taki pomysł? Może ktoś coś pomylił w jego papierach paszportowych? Jednak z drugiej strony, mimowolnie rzucona fraza brzmiała, jak coś z greckiego, a więc mogło tu sugerować, że Morfeusz maczał w tym palce. Czyżby miał to być w jakiś prezent od wuja, który postanowił puścić w obieg niegroźny żarcik na temat bratanka? Już on się z nim rozmówi po powrocie... Z tą myślą, Longbottom ruszył do swojej kwatery, gotów za kilka minut ponownie spotkać się z Shafiqiem.
Czyż nie dotyczyło to również ludzi? Do niektórych osób naturalnie lgnęło się przez ich charyzmę lub niezwykłą atmosferę, którą tworzyli samą swoją obecnością. Nie trzeba było znać ich na wylot, aby po prostu przebywać w pobliżu i cieszyć się ich obecnością. Można było poznawać ich kawałek po kawałku, spotkanie po spotkaniu odkrywając kolejne karty z ich osobistej talii, dopóki nie zapoznało się z ich zwyczajami czy zagrywkami. A na końcu drogi i tak mogła czekać niespodzianka w postaci ukrytych asów w rękawie, co tylko potwierdzało, że każdy potrafił być pełen niespodzianek, bez względu na to, że znało się daną osobę od podszewki. A to, czy niespodzianki były dobre, czy złe, zależało już od konkretnych sytuacji.
— Ja... — zawiesił głos, ściągając brwi aż do grzbietu nosa, gdy zaczął głębiej zastanawiać się nad pytaniem Anthony'ego. Instynkt podpowiadał, że nie byłoby to słuszne, jednak miał wrażenie, że to jedno pytanie ciągnęło za sobą armię większych, które do najprostszych już nie należały. Chrząknął cicho. — Cóż, nie unikniemy tego. Jeśli któremuś z nas uda się zapisać na kartach historii, to za kilkadziesiąt czy nawet kilkaset lat, to co sami o sobie myślimy, nie będzie miało większego znaczenia. Będą liczyły się fakty, a nawet one będą mógł zostać nagięte do narracji, jaka będzie nas otaczać. — Westchnął cicho, pocierając nóżkę kielicha. — Rodzina i przyjaciele, którzy mogliby przekazać fakty na nasz temat, obrócą się w niebyt i zostanie jedyna historia, spisana w podręcznikach lub na kartach gazet.
Będą poznawani na podstawie słów poczytnych autorów, dziennikarzy i pismaków; jeśli napiszą o nich dobrze, staną się bohaterami, lśniącymi przykładami złotej ery świata czarodziejów, a jeśli źle, to nawet jeśli ich reputacja mówiłaby inaczej, staliby się złoczyńcami. Bądź co bądź, historię pisali zwycięzcy. Może niektórzy historycy by się zainteresowali, pomyślał przelotnie. To jednak wymagałoby by od nich lepszego zrozumienia czasów, w jakich żyli, łączących ich z innymi relacji, sytuacji społecznej i politycznej, a przede wszystkim tego, jacy byli i co ich napędzało do działania. W przedziwnym razie dostrzegliby tylko najprostszą, opisaną w kilku słowach wersję danej osoby. Jak obraz, który dało się określić jedynie słowami ładny i nieładny, bo nie znało się myśli inicjującej. W oczach Erika błysnęły iskierki zrozumienia, gdy zestawił tę myśl z poprzednimi słowami Shafiqa.
— Eee? — Pokręcił z niedowierzaniem głową. — Nie przypominam sobie, abym chociaż raz zobaczył tę skromność przez ostatni tydzień. Byłeś wręcz... onieśmielający. — Uśmiechnął się do siebie, smakując w ustach to słowo z tą samą starannością, z jaką przed chwilą degustował lokalne wino. — Zwłaszcza kiedy zorientowali się, że mówisz równie swobodnie po włosku, co po angielsku. To ich mocno zbiło z tropu.
Zachowywali się wówczas jak dzieciaki, które zostały przyłapane przez rodziców na podkradaniu słodyczy ze słoika w spiżarce; zawstydzone raczej samym złapaniem na gorącym uczynku niźli własnymi intencjami. Tylko że w przypadku Anthony'ego stającego w szranki z innymi dyplomatami, stawka była dużo większa, niż zakaz lizaków czy ciastek z dżemem na tydzień. Może to przez te niuanse, Erik doceniał szansę, jaką dał mu Bones, pozwalając mu na udział w tym wyjeździe. Tak jak w pojedynkach czarodziejów, tak i w pertraktacjach element zaskoczenia stanowił znaczącą przewagę dla tego, kto potrafił z jej skorzystać. I może nie była to jedyna lekcja, jaką Longbottom wyciągnie z tej delegacji?
— Tylko? A może aż? — Wyszczerzył zęby w podstępnym uśmiechu. — Nie słyszałeś, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? Takiś chętny do spotkania z diabłem? — Łapanie mężczyzny za słówka sprawiało mu niemałą frajdę. Wychodził z założenia, że w porównaniu z Anthonym nie miał się czym zbytnio popisać w tej rozmowie, a musiał sobie przecież jakoś radzić, prawda? — Ale jeśli masz jakieś sugestie co do tego, co powinno trafić w moje gusta, to bardzo chętnie je przyjmę. Konstruktywną krytyką staram się nie gardzić.
Nieoczekiwana oferta odwiedzenia Shafiqa we Francji, sprawiła, że rozpromieniona twarz Longbottoma uległa mieszance zdziwienia i zainteresowania. Miewał znajomych z różnych kręgów, a rodzinny skarbiec nie świecił pustkami, jednak rekreacyjne wypady poza granicę kraju, dalej stanowiły poniekąd luksus. Pieniądze i współtowarzysze zawsze by się jacyś znaleźli, jednak czas na takie wyprawy było dużo trudniej wygospodarować. Zwłaszcza gdy wezwanie do Brygady Uderzeniowej mogło przyjść o każdej porze dnia i nocy, jeśli sprawa była wyjątkowa poważna.
— Nigdy się nie dowiemy, jeśli nie spróbujemy — odparł.
Mimowolnie poprawiając się na kanapie, gdy Anthony nachylił się ku niemu. Ciekawiło go, jakie to też myśli podsuwało mu włoskie wybrzeże i francuskie wzgórza. Jaką historię tkały w jego głowie, sycąc zmysły obrazami, odgłosami i dźwiękami, tak znajomymi, a zarazem tak obcymi dla kogoś, kto zapewne większość życia spędził na Wyspach?
— Okoliczności też mają na to spory wpływ. Jak i to, kto wykonuje pierwszy krok. — Bądź co bądź, to nierzadko właśnie pierwsze chwile kontaktu jednego człowieka z drugim wyznaczały tempo ich relacji, pokazując, jak duża chemia występuje między nimi. Czasem trafiało się na bratnią duszę, z którą momentalnie łapało się świetny kontakt, a czasem szło jak po grudzie i każdy uśmiech czy komplement był jak łup wywalczony w wielkiej bitwie. — Na przykład...
Lekki uśmiech zamarł na jego twarzy, gdy przy wejściu do apartamentu rozbrzmiał dzwonek oznajmiający przybycie motylka pocztowego. Oczywiście, akurat, kiedy zaczynał się rozkręcać i ugruntowywać swoją pozycję w tej rozmowie, ktoś musiał przerwać. I cały misterny plan zaczął się walić. Równie dobrze mogli wrócić do początku, bo informacja o wezwaniu na masaż, zupełnie wytrąciła Erika z rytmu. Westchnął przeciągle i odstawił pusty kieliszek na stolik, aby zaraz podnieść się z kanapy.
— Chyba czas na nas — rzucił, pocierając bezwiednie kłykciami dłoni o siebie nawzajem. — Pójdę się przebrać. — Ruszył w stronę korytarza, jednak zatrzymał się na progu salonu, aby zwrócić się ku starszemu czarodziejowi. — A i tak na przyszłość... Na drugie imię mam Alexander, a nie kalo..ghita?
Skrzywił się, kiedy wypowiadał to... Imię? To chyba było imię. Czuł się nieco niekomfortowo, bo miał wrażenie, że wyprowadza Anthony'ego z błędu, w jakim tkwił od początku delegacji. Skąd w ogóle wpadł na taki pomysł? Może ktoś coś pomylił w jego papierach paszportowych? Jednak z drugiej strony, mimowolnie rzucona fraza brzmiała, jak coś z greckiego, a więc mogło tu sugerować, że Morfeusz maczał w tym palce. Czyżby miał to być w jakiś prezent od wuja, który postanowił puścić w obieg niegroźny żarcik na temat bratanka? Już on się z nim rozmówi po powrocie... Z tą myślą, Longbottom ruszył do swojej kwatery, gotów za kilka minut ponownie spotkać się z Shafiqiem.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞