Był bliski tego, żeby tutaj poszczekać - jak ten mały chihuahua przy wielkim rottweilerze - ale aż na tyle odwagi nie miał. Chyba. Chyba aż na tyle nie czuł się pewnie. Ciągle nie wiedział, gdzie były granice i może nigdy nie miał się dowiedzieć. Może miał mieć wypaloną scenę z wczorajszego wieczoru w głowie, a potem ciągle myśleć o tym tatuażu w cyrku, który zatrzymał jego serce i doprowadził do załamania myśli. Może miał się cofać do narkotycznych chwil, które były pełne takiego uniesienia, jakiego pewnie nie da się zaznać bez używek. Chyba. Przecież niczego mu nie brakowało w obecnym życiu, prawda? Był w zasadzie zdrowy, dokonał czegoś w tak młodym wieku (niekoniecznie poprawnie) i osiągnął "sukces". Nic tylko szukać żony, bo przecież drzewa już zasadził i dom wybudował. Tymczasem ciągnęło go do tego, żeby odwiedzić palarnię Changów i zrobić coś... coś głupiego. Jakieś niemądre rzeczy, których robić nie powinien przy tym, co teraz działo się w jego życiu. I właśnie przez to, że się działy, to pochyła w dół była taka kusząca. Wolność, niczym nie skrępowana, gdzie już nie dbasz o jutro i nie przejmujesz się wczoraj. Jest tylko obecna chwila, miraż doznań, dzikie barwy i podróże senne, albo te nazbyt aż intensywne na jawie. Bez znaczenia - dajcie mi cokolwiek. Cisnął się więc komentarz na język, ale jedynym komentarzem pozostał uśmiech. Rozbawiony uśmiech i dygnięcie dworskie, bo przecież na taki komplement należało odpowiednio zareagować. Ciekawe, czy gdyby poznali się w innych okolicznościach to by się dogadali? Pewnie nie. Pewnie... zawsze by ich coś dzieliło. Jego ta nadgorliwa potrzeba opiekowania się drugą istotą, a Crowa wielka potrzeba, by spoglądać na otwartą przestrzeń i rozkładać skrzydła. Przynajmniej tak to widział błękitem swoich oczu, którego człowiek przed nim nie mógł rozróżnić, ale... to musiała być kolejna jasna plama w całym jego polu widzenia. Anioły musiały tak wyglądać. A te, co upadły, musiały wyglądać jak Fleamont Bell.
Crow więc nie musiał niczego chcieć. Nie musiał się niczego domagać. Nie, to raczej Laurent się domagał - choć delikatnie. Jarczuk mógł być mu bronią i tarczą, ale nie chciał go nasyłać na nikogo tak w gruncie rzeczy. To nie był pies, który ugryzie cię w nogę i poboli, ale szybko uda się ogarnąć temat. A jednak mimo tego, że przy gościach zazwyczaj zabierał Dumę do lasu, teraz pilnował, żeby mieć go przy sobie. Bo gdyby jednak nacisnął za mocno - co by się stało? Co mógłby uwolnić w tym gwałtownym człowieku z rzeczy, które by mu się nie spodobały, które by krzywdziły, parzyły jak rozżarzone żelazo? Nie powinienem się wtrącać. Nie, powinieneś wręcz trzymać się od Crowa z daleka, bo nawet jeśli z Dante nie ma już nic wspólnego, to co z Madame? Istniał między nimi kontakt? Nie istniał? Co by powiedziała widząc swoich chłopców znowu razem? Pewnie byłaby zazdrosna. Cholernie zazdrosna. Potrafiła kumulować chore problemy tą zazdrością, licząc na to, aż znowu jej sypialnia stanie się cieplejsza. Kiedy masz zimne serce możesz liczyć tylko na to, że ktoś będzie miał je ciepłe za ciebie. Nie mógłbyś jednak nie chcieć pomóc, tak koniec końców. Niezależnie co powinieneś, czego nie, co było zdrowe a co nie. Ta próba zaspokojenia siebie samego przecież też była chora i nie mogła przynieść niczego dobrego. Wywodząca się z głębokiego snu, który uskrzydlał.
- To nie jest moja ulubiona forma zabawy. - To nie granie niedostępnego było ulubionym elementem, a to, co Fleamont przecież też lubił. To kuszenie. To budowanie napięcia, aż druga strona będzie cała rozpalona, aż będzie cię pragnąć samym sobą. Czary pomalutku... ale tutaj, między nimi? Tu nie trzeba było czarować. Laurentowi zależało w zasadzie na tym, żeby... trochę tego człowieka ogarnąć. Wyglądającego na zmęczonego i zmarnowanego nawet pomimo snu. Usiadł na krześle obok miejsca, które zostało nakryte dla Fleamonta, ale tak, jego spojrzenie mówiło wyraźnie, co jest jego celem i na co ma apetyt. - Wygrałem konkurencję z klasycznym, angielskim śniadaniem? Mmm... - Błysnęły mu oczy w rozbawieniu, kiedy obserwował każdy ruch. I to fakt, gwałtowniejszy ruch pewnie zostałby nagrodzony pacnięciem po łapach - ale tylko pacnięciem. A ten został przyjęty z pełną chęcią i zadowoleniem, kiedy obserwował czarnowłosego. To abstrakcja. Jakże przyjemna abstrakcja. Nie powinniśmy. Musiał pogubić za dużo piór ze swoich uświęconych skrzydeł. Więc myślał, że nie powinien, kiedy lekko nacisnął na krocze mężczyzny i przesunął stopę nieco w górę i z powrotem. - Teraz żałuję. - Tak. Wszystko w nim pragnęło tego doznania. Zatopienia się w tym absolutnym grzechu. - Ale najpierw - śniadanie. Chyba, że trzeba cię nakarmić? - Uniósł wyżej kąciki ust. Mógł powiedzieć basta i wyjść w każdym momencie. Laurent przynajmniej nie będzie mógł sobie powiedzieć, że nie próbował.