Morpheus nie miał kłopotów z tym, aby palić w murach Ministerstwa i jedynie Komnata Artefaktów na przedostatnim piętrze w dół stanowiła miejsce, gdzie absolutnie tego nie robił. Oraz Archiwum Departamentu Tajemnic, długie korytarze półek, zawierające dane z wyjazdów, badań, odpisy treści przepowiedni oraz ich prawdopodobne wypełnienie w tabeli statusu. Poza tymi pomieszczeniami mężczyzna się nie krygował, zapalał papierosy tam, gdzie siedział, strzepując popiół albo do własnej popielniczki z ciętego szkła albo do popielniczek kolegów, albo dokarmiał ministerialne roślinki dawką nikotyny. Jednak czarne ściany, obsydianowe podłogi i onyksowe sufity potrafiły doprowadzić niejednego do białej gorączki czy szaleństwa, które kończyło się zamknięciem w Lecznicy Dusz, dlatego Morpheus opuszczał Departament Tajemnic windą i udawał się na zewnątrz, pod pretekstem palenia, aby mieć czym zająć ręce i dać głowie odpocząć.
Nawet nieszczególnie miał ochotę na papierosa, stojąc pod daszkiem z wystającego ozdobnego balkonu nad nimi, obserwując londyńską mżawkę, ale stojący obok młody nieznajomy o szczególnie sympatycznym wyrazie twarzy zaproponował mu jednego pośród swojego słowotoku i Morpheus poczęstował się, odpalając go od swojej różdżki. Zapomniałam o zapalniczce, a prośba o tę należącą do drugiego mężczyzny skutkowałaby przerwaniem słowotoku i nie dajcie bogowie, pytania. A młodzieniec miał wyjątkowo przyjemny głos.
Niewymowny nieszczególnie go słuchał, ale nie było tego widać zupełnie; ciemne oczy błyszczały zainteresowaniem i pełnym skupieniem na chwili obecnej, na dodatek Longbottom zdawał się zupełnie nie mrugać podczas całego wywodu od żukach i kolegach z pracy. Nie miał pojęcia, o kim mówił tamten. Zapamiętał pierwsze pytanie i teraz, imię i nazwisko pociesznego delikwenta.
Przełożył papierosa z prawej do lewej i uścisnął szybkim, pewnym gestem dłoni tamtego.
— Morpheus Longbottom, Niewymowny.
Pasował do mrocznej sławy Departamentu Tajemnic, ubrany w zdecydowanie magiczne szaty, w żałobnym kirze, matowa tkanina zdawała się pochłaniać wątłe światło dnia niczym czarna dziura. Prosty kroj i nadmiaru materiału, udrapowanego w luźne fałdy dookoła czarodzieja, sprawiały, że wyglądał na nieco postawniejszego, uwydatniając jego prostokątną sylwetkę. Razem z siwizną na kruczoczarnych włosach, gładkimi policzkami i garbatym nosem, jawił się trochę jak jakieś ptaszysko, smutny omen.
— Sądzę, że moja praca jest zdecydowanie ciekawsza, niż życie tego żuka, ale rozumiem sentyment. Żyją z jedną nadzieją, że nikt ich nie zniszczy za grzech bycia niewielkim. Nie muszą wypełniać deklaracji podatkowych ani ignorować swoich potrzeb na rzecz bezdusznej pracy.
Ach, ta filozofia młodzieży.