25.03.2024, 23:03 ✶
Louvain mógł być sobie Cesarzem, ale nie w jej talii kart. W jej oczach zwyczajnie nie zasługiwał na tego typu pozycję, bo był zanadto zepsuty. Wszystko dobre co przynosił ze sobą Cesarz w rozkładach, Lestrange'owi zwyczajnie umykało. Był kolejnym przykładem osoby, która gdyby tylko chciała, gdyby odrobinę się postarała, to mogłaby osiągnąć tak wiele. Zamiast tego gnił gdzieś w środku, a pozytywne przywary Cesarza były dla niego tylko fasadą. Mogła mu przynajmniej przyznać, że była to bardzo ładna fasada.
Żeby pozwolić mu uzewnętrzniać się w Cesarzu, musiałaby odwrócić kartę, a tego zwyczajnie lubiła robić, jeśli chodziło o przypisywanie poszczególnych elementów arkanów do osób w jej życiu. Może dlatego, kiedy myślała o Louvainie, często w jej dłoni zostawał Diabeł. Z tym mogła się zgodzić, chociaż i tak z pewną niechęcią bo wolałaby, żeby mężczyzna w ogóle nie zawracał jej głowy.
- Wiem? - zapytała się go z pewnym wymuszonym uśmiechem na ustach, jakby nie wiedziała o co właściwie mu chodziło. Bo tak było - bo jeśli tym swoim piekłem pił do limbo, to przecież nie miała bladego pojęcia. Jej zaglądanie za zasłonę tak nie działało; przypominało to bardziej zaglądanie przez okno, które swoją taflą odgradzało ją bezpiecznie od tego, co znajdowało się za nią. Mogła patrzeć i rozmawiać, ale nigdy nie doświadczyła w podobnym stopniu tego co on, kiedy udał się za Czarnym Panem. No, chyba że mówił o czymś zupełnie innym - wtedy sens tego całkowicie jej umykał, ale niekoniecznie chyba jej to aktualnie przeszkadzało.
Uśmiechnęła się do niego odrobinę cierpko, kiedy przytoczył łączące ich wspomnienia. Specjalnie przytoczyła te świeczki, trochę chyba ciekawa czy faktycznie złapie się ich. Czy pamiętał i chciał jej wypomnieć, jak to określił, wstydliwe wspomnienia. Rosie jednak nie była pewna, czy faktycznie było jej aż tak wstyd tego, co się wtedy wstało. Na pewno nie tego, że zapłakała się wtedy cała, a on potraktował ją tak brutalnie z największą łatwością. Kiedy płakało się tak często jak ona, wstyd wynikający z tej akurat konkretnej słabości gdzieś znikał. Wysychał tak szybko, jak spływające po policzkach łzy. Louvain nie był też pierwszym, który potraktował ją źle i nawet jeśli wcześniej, przed laty, złość paliła ją gdzieś pod skórą na długo po pamiętnym spotkaniu Spektrum, nauczyła się w końcu patrzeć na to wszystko z nieco innej perspektywy. Nauczyła się czerpać satysfakcję z tego, że stracił wtedy tak łatwo kontrolę.
Ale mimo niechęci, jaka malowała się gdzieś w kącikach jej odrobinę wykrzywionych ust, kiedy wyciągnął do niej dłoń, nie opierała się i podała mu własną, z nieco tylko drwiący uśmiechem patrząc, jak przystawia jak ją wita. Wyraz ten pozostał, kiedy zaraz przyciągnął ją do siebie i objął dłonią w pasie, drugą decydując się złapać za różdżkę - nie wiedziała po co. Bo przecież mógł dokładnie to samo zrobić ręką, ale najwyraźniej ten odrobinę wyraźniejszy pokaz siły zwyczajnie u się podobał.
Czasem kiedy tak się zachowywał, przypominał jej klientów zaglądających do Kościanego Zamtuza. Tego gorszego sortu, z resztą, który szukał ta co najwyżej poczucia wyższości i szansy na podbudowanie swojego kruchego ego. Z tego, że Louvain przypominał jej ten typ mężczyzn, zdała sobie sprawę dopiero zza którymś razem, kiedy do niej przyszedł, ale po tym już nigdy nie była w stanie patrzeć na niego tak samo. Stracił w jej oczach, co brzmiało dla niej zwyczajnie śmiesznie, ale wcześniej był zwyczajnie bogatym paniczykiem, który może miał problemy ze sobą. Potem... potem był już wygłodniałym szczurem z nokturnowego rynsztoka. Jak to jednak bywało z miejskimi szczurami, był odpowiednio bezczelny, pewny swojej siły i roznosił choroby.
Wciąż jednak, należało podchodzić do niego z najwyższą ostrożnością.
Mięśnie szczęki drgnęły, kiedy zacisnęła ją zniesmaczona jego oględzinami, odrobinę może próbując cofnąć przy tym głowę, jakby zniecierpliwiona jego postepowaniem. Nie zmieniało to jednak faktu, że faktycznie na jej szyi znajdowały się o wiele lepsze czary maskujące, niż parę dni wcześniej.
- Tak bez zapowiedzi? Myślałam, że na przyjemności muszę sobie zasłużyć, a jak wiemy spotkania z tobą to sama rozkosz - uśmiechnęła się do niego uroczo, ale pod spodem dało się wyczuć złośliwy element. Sięgnęła do jego piersi, wyglądając jakby od niechcenia materiał płaszcza. - Nie musisz być od razu taki zazdrosny. Ale na zachętę możesz mii na przykład, kupić nową kulę, bo przecież swoją potłukłam - westchnęła, niby to niepomiernie tym faktem zmartwiona. Kiedy to mówiła, na chwilę przeniosła spojrzenie na swoje dłonie, ślizgające się po materiale na jego piersi. - No, ale powiedz, po co w ogóle tu jestem? - na powrót uniosła na niego zielone spojrzenie, już o wiele bardziej uważne, zaglądające w jego oczy w przenikliwy sposób, jakby właśnie odpalała na nim trzecie oko. Tego nie posiadała, oczywiście, ale nauczyła się patrzeć na ludzi w ten charakterystyczny sposób, przez lata doświadczeń z tak licznymi w jej życiu jasnowidzami. Nie drgnęła, kiedy jego dłoń zaczesał jej kosmyk za ucho, nawet jeśli sam ten gest niekoniecznie jej się podobał. Dobrze tylko, że w ty wyznaczaniu terenu, nie postanowił jej obsikać.
Żeby pozwolić mu uzewnętrzniać się w Cesarzu, musiałaby odwrócić kartę, a tego zwyczajnie lubiła robić, jeśli chodziło o przypisywanie poszczególnych elementów arkanów do osób w jej życiu. Może dlatego, kiedy myślała o Louvainie, często w jej dłoni zostawał Diabeł. Z tym mogła się zgodzić, chociaż i tak z pewną niechęcią bo wolałaby, żeby mężczyzna w ogóle nie zawracał jej głowy.
- Wiem? - zapytała się go z pewnym wymuszonym uśmiechem na ustach, jakby nie wiedziała o co właściwie mu chodziło. Bo tak było - bo jeśli tym swoim piekłem pił do limbo, to przecież nie miała bladego pojęcia. Jej zaglądanie za zasłonę tak nie działało; przypominało to bardziej zaglądanie przez okno, które swoją taflą odgradzało ją bezpiecznie od tego, co znajdowało się za nią. Mogła patrzeć i rozmawiać, ale nigdy nie doświadczyła w podobnym stopniu tego co on, kiedy udał się za Czarnym Panem. No, chyba że mówił o czymś zupełnie innym - wtedy sens tego całkowicie jej umykał, ale niekoniecznie chyba jej to aktualnie przeszkadzało.
Uśmiechnęła się do niego odrobinę cierpko, kiedy przytoczył łączące ich wspomnienia. Specjalnie przytoczyła te świeczki, trochę chyba ciekawa czy faktycznie złapie się ich. Czy pamiętał i chciał jej wypomnieć, jak to określił, wstydliwe wspomnienia. Rosie jednak nie była pewna, czy faktycznie było jej aż tak wstyd tego, co się wtedy wstało. Na pewno nie tego, że zapłakała się wtedy cała, a on potraktował ją tak brutalnie z największą łatwością. Kiedy płakało się tak często jak ona, wstyd wynikający z tej akurat konkretnej słabości gdzieś znikał. Wysychał tak szybko, jak spływające po policzkach łzy. Louvain nie był też pierwszym, który potraktował ją źle i nawet jeśli wcześniej, przed laty, złość paliła ją gdzieś pod skórą na długo po pamiętnym spotkaniu Spektrum, nauczyła się w końcu patrzeć na to wszystko z nieco innej perspektywy. Nauczyła się czerpać satysfakcję z tego, że stracił wtedy tak łatwo kontrolę.
Ale mimo niechęci, jaka malowała się gdzieś w kącikach jej odrobinę wykrzywionych ust, kiedy wyciągnął do niej dłoń, nie opierała się i podała mu własną, z nieco tylko drwiący uśmiechem patrząc, jak przystawia jak ją wita. Wyraz ten pozostał, kiedy zaraz przyciągnął ją do siebie i objął dłonią w pasie, drugą decydując się złapać za różdżkę - nie wiedziała po co. Bo przecież mógł dokładnie to samo zrobić ręką, ale najwyraźniej ten odrobinę wyraźniejszy pokaz siły zwyczajnie u się podobał.
Czasem kiedy tak się zachowywał, przypominał jej klientów zaglądających do Kościanego Zamtuza. Tego gorszego sortu, z resztą, który szukał ta co najwyżej poczucia wyższości i szansy na podbudowanie swojego kruchego ego. Z tego, że Louvain przypominał jej ten typ mężczyzn, zdała sobie sprawę dopiero zza którymś razem, kiedy do niej przyszedł, ale po tym już nigdy nie była w stanie patrzeć na niego tak samo. Stracił w jej oczach, co brzmiało dla niej zwyczajnie śmiesznie, ale wcześniej był zwyczajnie bogatym paniczykiem, który może miał problemy ze sobą. Potem... potem był już wygłodniałym szczurem z nokturnowego rynsztoka. Jak to jednak bywało z miejskimi szczurami, był odpowiednio bezczelny, pewny swojej siły i roznosił choroby.
Wciąż jednak, należało podchodzić do niego z najwyższą ostrożnością.
Mięśnie szczęki drgnęły, kiedy zacisnęła ją zniesmaczona jego oględzinami, odrobinę może próbując cofnąć przy tym głowę, jakby zniecierpliwiona jego postepowaniem. Nie zmieniało to jednak faktu, że faktycznie na jej szyi znajdowały się o wiele lepsze czary maskujące, niż parę dni wcześniej.
- Tak bez zapowiedzi? Myślałam, że na przyjemności muszę sobie zasłużyć, a jak wiemy spotkania z tobą to sama rozkosz - uśmiechnęła się do niego uroczo, ale pod spodem dało się wyczuć złośliwy element. Sięgnęła do jego piersi, wyglądając jakby od niechcenia materiał płaszcza. - Nie musisz być od razu taki zazdrosny. Ale na zachętę możesz mii na przykład, kupić nową kulę, bo przecież swoją potłukłam - westchnęła, niby to niepomiernie tym faktem zmartwiona. Kiedy to mówiła, na chwilę przeniosła spojrzenie na swoje dłonie, ślizgające się po materiale na jego piersi. - No, ale powiedz, po co w ogóle tu jestem? - na powrót uniosła na niego zielone spojrzenie, już o wiele bardziej uważne, zaglądające w jego oczy w przenikliwy sposób, jakby właśnie odpalała na nim trzecie oko. Tego nie posiadała, oczywiście, ale nauczyła się patrzeć na ludzi w ten charakterystyczny sposób, przez lata doświadczeń z tak licznymi w jej życiu jasnowidzami. Nie drgnęła, kiedy jego dłoń zaczesał jej kosmyk za ucho, nawet jeśli sam ten gest niekoniecznie jej się podobał. Dobrze tylko, że w ty wyznaczaniu terenu, nie postanowił jej obsikać.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror