26.03.2024, 00:46 ✶
Zmarszczył brwi, gdy dowiedział się, że Bagshot był historykiem. Cóż, mógł się tego spodziewać. Nazwisko sporo mówiło; dzieci tego rodu wydawały się wręcz stworzone do tego, aby obcować z przeszłością i dopełnić wszelkich starań, aby społeczeństwo czarodziejów nie zapomniało o własnym dziedzictwie. Mimo to zaskoczyło go poniekąd to, że Isaac nie odnajdował się w Ministerstwie Magii. Sebastian świetnie się odnajdywał pośród archiwów, odkąd zaczął pracować w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. Może to kwestia odmiennych temperamentów?
— Ach, mugole. — Pokiwał powoli głową.
Niemagiczni nie znajdowali się w polu jego głównych zainteresowań, jeśli jednak miał wymienić dwie rzeczy, jakie przypadły mu do gustu w ich kulturze, to były to systemy wierzeń rozsiane po całych kontynentach oraz... Środki transportu. W porównaniu z ciągłym ryzykiem związanym z rozszczepieniem, taki samochody czy samoloty, jakie zdarzało mu się widywać na niebie, wydawały się cholernie funkcjonalne i użyteczne.
— A więc powrót do ojczyzny celem... Porównania teorii z praktyką? Pod nieco odmiennym kątem, ma się rozumieć. — Wolał nie porównywać bezpośrednio ideologii z Niemiec do działań Śmierciożerców w kraju.
Rozgrzewał akurat dłonie ciepłą filiżanką herbaty, gdy niespodziewanie w rozmowie z Bagshotem nastąpił niespodziewany zgrzyt. Czekał cierpliwie, aż rozmówca przejdzie do jakiegoś meritum, jednak ten moment nie nastąpił. Zamiast tego przeszedł do wyznania, które dosyć jasno wskazywało, że powodem wezwania do tego domu nie były duchy czy przeklęty przedmiot, który wymagał egzorcyzmów. Chodził o plotki, bo inaczej by się tego nie dało nazwać. Sebastian wypuścił powoli powietrze z ust.
— Nie lubię, gdy ktoś mnie wodzi za nos — wytknął mężczyźnie, przywierając plecami do oparcia fotela.
Przez chwilę bił się z myślami, co powinien zrobić w takiej sytuacji. Jeszcze parę miesięcy temu poinformowałby, że zagrywki tego typu są niepoważne i nie zamierza zostać tu ani minuty dłużej. Były jednak dwa problemy: zapłata za zlecenie i wątek zainteresowań Isaaca. Powinien jakoś wspomóc kolegę po fachu. Gdyby to on wrócił do kraju po kilku latach nieobecności, być może też szukałby pomocy osób z podobnej profesji.
— Obawiam się, że są konkretne powody ku tej niechęci wśród ludzi. — Uniósł filiżankę do ust, aby zasmakować bursztynowego płynu. — Chociaż te problemy ciągną się za krajem dłużej niż wydarzenia z Beltane. — Skrzywił się na widok ruchomego nagłówka informującego o ataku Śmierciożerców podczas obchodów. — Od kilku dobrych lat mamy spory problem z czarnoksiężnikami. Tudzież ludźmi, którzy dążą do zyskania tego miana. Fala napaści, porwań, ataków na prywatne mieszkania i biznesy. Próba zastraszenia społeczności, przede wszystkim mieszkańców stolicy.
Bądź co bądź, Londyn stanowił niepisane centrum władzy magicznego świata. Rozległa dzielnica czarodziejów, główny ośrodek medyczny w postaci Szpitala św. Munga i przede wszystkim budynek Ministerstwa Magii stanowił dowód na to, że to tam toczy się gra między terrorystami a siłami bezpieczeństwami. Macmillan zerknął na Isaaca, a potem znowu na gazetę, zastanawiając się, jak wiele powinien zdradzić.
— Ustalmy na początek - nie byłem bezpośrednio na Beltane. Miałem wówczas... inne zobowiązania. Jednak jak dobrze pan zauważył, moja rodzina ma dużo wspólnego z obchodami. — Gdyby nie Macmillanowie, którzy stali na czele kowenu, festyny tego typu na pewno byłyby gorzej zorganizowane, o ile w ogóle zbierałyby jakichkolwiek wiernych. — To była, cóż... Masakra. Zarówno magiczna, jak i ludzka. Przywódca Śmierciożerców zaczął ingerować w struktury magiczne na terenie Polany Ognisk. — Zrobił pauzę, podejrzewając, że jego kolejne słowa mogą się spotkać z salwą śmiechu lub niedowierzaniem rozmówcy. — Udało mu się otworzyć przejście do zaświatów czarodziejów. Do Limbo. To... narobiło paru problemów. Grupa pracowników służb bezpieczeństwa podążyła za nim i zdołała wrócić. Względnie w jednym kawałku.
Miał wystarczająco dużo oleju w głowie, aby nie podawać konkretnych nazwisk. Możliwe jednak było, że chłopak już je znał lub całkiem niedługo pozna; Victoria Lestrange pod koniec maja udzieliła obszernego wywiadu dotyczącego kwestii Beltane i tego, co ją tam spotkało. Niewykluczone, że padło tam parę imion, jednak Sebastian nie miał zamiaru przykładać do tego ręki. Głównie z uwagi na lojalność względem Patricka.
— W międzyczasie oddziały Śmierciożerców walczyły z Brygadzistami, Aurorami i pewnie jakimiś lokalnymi bohaterami, którzy postanowili nie uciec w momencie ataku. — Nie widział walk na własne oczy, jednak nie musiał. Każda era miała swoich bohaterów, a nie wszyscy musieli wywodzić się z szeregów oficjalnych sił Ministerstwa Magii. A może był w błędzie? — Dużo rannych cywili. Zwłaszcza gdy zerwała się wichura i zaczęło łamać drzewa w lesie. Ministerstwo Magii musiało w kilka godzin zorganizować akcję poszukiwawczą, żeby zabezpieczyć Knieję Godryka. — Ponownie sięgnął po herbatę, aby zwilżyć gardło. — Tym atakiem sprofanowano nie tylko Polanę Ognisk, ale też naszą wiarę. Czarny Pan zaczął grzebać w rzeczach, które nie są przeznaczone dla ludzi.
— Ach, mugole. — Pokiwał powoli głową.
Niemagiczni nie znajdowali się w polu jego głównych zainteresowań, jeśli jednak miał wymienić dwie rzeczy, jakie przypadły mu do gustu w ich kulturze, to były to systemy wierzeń rozsiane po całych kontynentach oraz... Środki transportu. W porównaniu z ciągłym ryzykiem związanym z rozszczepieniem, taki samochody czy samoloty, jakie zdarzało mu się widywać na niebie, wydawały się cholernie funkcjonalne i użyteczne.
— A więc powrót do ojczyzny celem... Porównania teorii z praktyką? Pod nieco odmiennym kątem, ma się rozumieć. — Wolał nie porównywać bezpośrednio ideologii z Niemiec do działań Śmierciożerców w kraju.
Rozgrzewał akurat dłonie ciepłą filiżanką herbaty, gdy niespodziewanie w rozmowie z Bagshotem nastąpił niespodziewany zgrzyt. Czekał cierpliwie, aż rozmówca przejdzie do jakiegoś meritum, jednak ten moment nie nastąpił. Zamiast tego przeszedł do wyznania, które dosyć jasno wskazywało, że powodem wezwania do tego domu nie były duchy czy przeklęty przedmiot, który wymagał egzorcyzmów. Chodził o plotki, bo inaczej by się tego nie dało nazwać. Sebastian wypuścił powoli powietrze z ust.
— Nie lubię, gdy ktoś mnie wodzi za nos — wytknął mężczyźnie, przywierając plecami do oparcia fotela.
Przez chwilę bił się z myślami, co powinien zrobić w takiej sytuacji. Jeszcze parę miesięcy temu poinformowałby, że zagrywki tego typu są niepoważne i nie zamierza zostać tu ani minuty dłużej. Były jednak dwa problemy: zapłata za zlecenie i wątek zainteresowań Isaaca. Powinien jakoś wspomóc kolegę po fachu. Gdyby to on wrócił do kraju po kilku latach nieobecności, być może też szukałby pomocy osób z podobnej profesji.
— Obawiam się, że są konkretne powody ku tej niechęci wśród ludzi. — Uniósł filiżankę do ust, aby zasmakować bursztynowego płynu. — Chociaż te problemy ciągną się za krajem dłużej niż wydarzenia z Beltane. — Skrzywił się na widok ruchomego nagłówka informującego o ataku Śmierciożerców podczas obchodów. — Od kilku dobrych lat mamy spory problem z czarnoksiężnikami. Tudzież ludźmi, którzy dążą do zyskania tego miana. Fala napaści, porwań, ataków na prywatne mieszkania i biznesy. Próba zastraszenia społeczności, przede wszystkim mieszkańców stolicy.
Bądź co bądź, Londyn stanowił niepisane centrum władzy magicznego świata. Rozległa dzielnica czarodziejów, główny ośrodek medyczny w postaci Szpitala św. Munga i przede wszystkim budynek Ministerstwa Magii stanowił dowód na to, że to tam toczy się gra między terrorystami a siłami bezpieczeństwami. Macmillan zerknął na Isaaca, a potem znowu na gazetę, zastanawiając się, jak wiele powinien zdradzić.
— Ustalmy na początek - nie byłem bezpośrednio na Beltane. Miałem wówczas... inne zobowiązania. Jednak jak dobrze pan zauważył, moja rodzina ma dużo wspólnego z obchodami. — Gdyby nie Macmillanowie, którzy stali na czele kowenu, festyny tego typu na pewno byłyby gorzej zorganizowane, o ile w ogóle zbierałyby jakichkolwiek wiernych. — To była, cóż... Masakra. Zarówno magiczna, jak i ludzka. Przywódca Śmierciożerców zaczął ingerować w struktury magiczne na terenie Polany Ognisk. — Zrobił pauzę, podejrzewając, że jego kolejne słowa mogą się spotkać z salwą śmiechu lub niedowierzaniem rozmówcy. — Udało mu się otworzyć przejście do zaświatów czarodziejów. Do Limbo. To... narobiło paru problemów. Grupa pracowników służb bezpieczeństwa podążyła za nim i zdołała wrócić. Względnie w jednym kawałku.
Miał wystarczająco dużo oleju w głowie, aby nie podawać konkretnych nazwisk. Możliwe jednak było, że chłopak już je znał lub całkiem niedługo pozna; Victoria Lestrange pod koniec maja udzieliła obszernego wywiadu dotyczącego kwestii Beltane i tego, co ją tam spotkało. Niewykluczone, że padło tam parę imion, jednak Sebastian nie miał zamiaru przykładać do tego ręki. Głównie z uwagi na lojalność względem Patricka.
— W międzyczasie oddziały Śmierciożerców walczyły z Brygadzistami, Aurorami i pewnie jakimiś lokalnymi bohaterami, którzy postanowili nie uciec w momencie ataku. — Nie widział walk na własne oczy, jednak nie musiał. Każda era miała swoich bohaterów, a nie wszyscy musieli wywodzić się z szeregów oficjalnych sił Ministerstwa Magii. A może był w błędzie? — Dużo rannych cywili. Zwłaszcza gdy zerwała się wichura i zaczęło łamać drzewa w lesie. Ministerstwo Magii musiało w kilka godzin zorganizować akcję poszukiwawczą, żeby zabezpieczyć Knieję Godryka. — Ponownie sięgnął po herbatę, aby zwilżyć gardło. — Tym atakiem sprofanowano nie tylko Polanę Ognisk, ale też naszą wiarę. Czarny Pan zaczął grzebać w rzeczach, które nie są przeznaczone dla ludzi.