26.03.2024, 09:40 ✶
Swoim pojawieniem się spowodował napięcie w pokoju, ale zauważył je dopiero, kiedy własne nerwy w końcu chwycił mocno w cugle wytrenowanego latami charakteru. Zaciągnął się mocno powietrzem, którym jeszcze do niedawna oddychali tylko jasnowidz i jego gość, przeczesał palcami włosy i tak pogrążone już w chaosie. Odprowadzając wzrokiem młodego chłopaka, ściągnął brwi w zastanowieniu i zsunął złocisty sygnet noszący na sobie insygnia wydziału, w którym pracował. Wraz z zamknięciem drzwi pozwolił sobie na ostatni komentarz:
– De gustibus non est disputandum. – westchnienie rezygnacji i niedowierzania.
Zaraz potem jednak wyciągnął różdżkę i skupił się na opływającej ich energii, kondensował ją w drzewcu, niespiesznie formując swoją myśl i naginając do przemiany element własnej biżuterii. Sygnet zadrżał w stopieniu się w kulę, płynnie przechodzącą w złocisty pąk, który niczym dotknięty klątwą szalejącej przyrody, zakwitł mu na dłoni złocistymi płatkami maku, a każdy z nich miał na tyle wyprofilowane wgłębienie, że z powodzeniem mógł w nim znaleźć się popiół.
– I właśnie dlatego się uczę magii bezróżdżkowej. To strata cennych minut, wyciągnąć i włożyć z powrotem i znów wyciągnąć i znów włożyć. Zupełnie jakby nikt nie wiedział, jakich cudów można dokonać samymi palcami. – delikatnie ujął dłoń drugiego mężczyzny i wsunął w nią złocisty kwiat. – Pomyślałem, że odciągnie Twoje myśli do domu, który planujesz kupić. Namówiłem ogrodnika, by przedłużył życie krwawym makom. Rosną jak szalone, jeszcze chwila i ktoś się na nich powiesi... – westchnął ciężko, zabierając z dłoni Morpheusa różę, po czym przysiadł na krześle przy jego łóżku, pomagając mu w razie czego tak zaopatrzyć się z papierośnicy, jak i podpalić tytoń przynoszący spokój.
– De gustibus non est disputandum. – westchnienie rezygnacji i niedowierzania.
Zaraz potem jednak wyciągnął różdżkę i skupił się na opływającej ich energii, kondensował ją w drzewcu, niespiesznie formując swoją myśl i naginając do przemiany element własnej biżuterii. Sygnet zadrżał w stopieniu się w kulę, płynnie przechodzącą w złocisty pąk, który niczym dotknięty klątwą szalejącej przyrody, zakwitł mu na dłoni złocistymi płatkami maku, a każdy z nich miał na tyle wyprofilowane wgłębienie, że z powodzeniem mógł w nim znaleźć się popiół.
– I właśnie dlatego się uczę magii bezróżdżkowej. To strata cennych minut, wyciągnąć i włożyć z powrotem i znów wyciągnąć i znów włożyć. Zupełnie jakby nikt nie wiedział, jakich cudów można dokonać samymi palcami. – delikatnie ujął dłoń drugiego mężczyzny i wsunął w nią złocisty kwiat. – Pomyślałem, że odciągnie Twoje myśli do domu, który planujesz kupić. Namówiłem ogrodnika, by przedłużył życie krwawym makom. Rosną jak szalone, jeszcze chwila i ktoś się na nich powiesi... – westchnął ciężko, zabierając z dłoni Morpheusa różę, po czym przysiadł na krześle przy jego łóżku, pomagając mu w razie czego tak zaopatrzyć się z papierośnicy, jak i podpalić tytoń przynoszący spokój.