26.03.2024, 15:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2024, 15:23 przez Sebastian Macmillan.)
— Również ubolewam nad tym, że w ostatnim czasie konsultacje historyczne nie cieszą się dużym zainteresowaniem — przyznał z nachmurzoną miną.
Człowiek poświęca lata na to, aby zgłębić ten jeden fragment czarodziejskiego świata, a kiedy przychodzi co do czego, to okazuje się, że mało kogo właściwie interesuje obecnie historia. Teraz to już chyba tylko autorzy podręczników szkolnych mieli cokolwiek do roboty w tej dziedzinie. No i parę biur Ministerstwa Magii, chociaż tam bardziej chodziło o zajmowanie się archiwami. Alternatywą były co najwyżej muzea czy galerie sztuki.
— Każda katastrofa ma swoich bohaterów, panie Bagshot — odparł cicho, kręcąc z pobłażaniem głową na domniemane pogłoski o podziemiu czarodziejów. — Straż sąsiedzką, bojowych nastolatków świeżo po Hogwarcie, czy po prostu ludzi o dobrym sercu... Nie wszyscy patrzą tylko na siebie i dzięki niech będą Matce, bo nawet jej wstawiennictwo nie ocali wszystkich. A pomoc bliźnim jest niezwykle ważna. — Uśmiechnął się nieco smutno. — Jednak, gdyby po kraju faktycznie aktywnie latała taka zbieranina, to obawiam się, że dopadłoby ich Ministerstwo Magii albo sami Śmierciożercy.
Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów czułby się zapewne zobowiązany do tego, aby ukrócić nielegalną działalność, nawet jeśli służyła dobrej sprawie. Bądź co bądź, mogło to robić złą prasę dla oddziałów Brygadzistów czy Aurorów, a to na pewno nie było na rękę tamtejszemu szefostwu czy nawet Ministrze Magii. Z drugiej strony, Śmierciożercy mogliby równie szybko postawić sobie za cel wyeliminowanie samozwańczych bohaterów, którzy krzyżowali im plany. Z tego, co wiedział Macmillan, jedynym organem faktycznie mającym ludzi, którzy mogli przeciwstawić się Czarnemu Panu, było właśnie Ministerstwo Magii.
— Nie ma za bardzo, o czym opowiadać — stwierdził, odkładając herbatę na bok, aby zająć się ciastem. Przełożył kawałek karpatki z patery na oddzielny talerzyk i zaczął dzielić widelczykiem przysmak na mniejsze kawałki. — Limbo to miejsce, do którego dusze czarodziejów przenoszą się po śmierci, przynajmniej w większości przypadków. To tak nasza kraina zmarłych. Oczywiście, zdarza się, że w odpowiednich okolicznościach pewne zbłąkane dusze wracają zza drugiej strony. A to zazwyczaj jest problem. — Westchnął cicho. — Limbo nigdy nie zostało dokładnie przebadane przez maginaukowców czy kapłanów. To dzika kraina, która... Nie przypomina tego, co znamy. Z tego, co wiem, tegoroczne Beltane było pierwszym przypadkiem, gdy komuś żywemu udało się odwiedzić to miejsce.
Wyjątkiem od tej reguły byli oczywiście niektórzy przedstawiciele rodu Trelawney, jednak akurat ich przypadki różniły się znacznie od losu Brygadzistów i Aurorów, którzy zaangażowali się w walki na Polanie Ognisk. Jedni zerkali w Limbo wbrew swej woli, spychani na drugą stronę przez wichry tworzone przez siły wyższe, a ci wariaci z Ministerstwa... Cóż, ich zachowanie było zdaniem Macmillana lekkomyślne i po prostu głupie, chociaż ich pobudki były nad wyraz szlachetne. Kto wie, jak wyglądałaby sytuacja, gdyby nie udało im się pokrzyżować planów Czarnego Pana swoim wtargnięciem do innego wymiaru?
— Trzeba mieć wiarę, że to wszystko w końcu się skończy. Powiedziałbym, że można się do tego przyzwyczaić, ale tak naprawdę przypomina to siedzenie na pudle fajerwerków z nadzieją, że te nie wybuchną po podpaleniu lontu. — Odbił wzrokiem od twarzy Bagshota w górę papierów nieopodal. Skinął głową na słowa żalu ze strony Isaaca. — Kowen się podniesie, jak i społeczeństwo. Z tego, co słyszałem, krewni już przygotowują się do Lithy.
Podejrzewał, że nie będzie równie wystawna, jak Beltane czy Ostara, jednak nawet jeśli zjawi się połowa uczestników obchodów, to i tak będzie spory sukces. Chociaż atak Śmierciożerców nie miał na celu, tylko i wyłącznie zastraszenia gości, tak udało im się to. Ludzie byli wstrząśnięci doniesieniami o wydarzeniach w lesie nieopodal Doliny Godryka. Widma, które wypełzły z zaświatów, aby zaszyć się w głuszy, pewnie też działały już mieszkańcom na nerwy.
— Ja podziękuję, ale proszę się nie krępować — odparł Sebastian, unosząc filiżankę w górę z lekkim uśmiechem. Nie miał zwyczaju pić w pracy, a bądź co bądź poprzez przyjęcie zaproszenia do domostwa Bagshota właśnie brał udział w zleceniu.
Człowiek poświęca lata na to, aby zgłębić ten jeden fragment czarodziejskiego świata, a kiedy przychodzi co do czego, to okazuje się, że mało kogo właściwie interesuje obecnie historia. Teraz to już chyba tylko autorzy podręczników szkolnych mieli cokolwiek do roboty w tej dziedzinie. No i parę biur Ministerstwa Magii, chociaż tam bardziej chodziło o zajmowanie się archiwami. Alternatywą były co najwyżej muzea czy galerie sztuki.
— Każda katastrofa ma swoich bohaterów, panie Bagshot — odparł cicho, kręcąc z pobłażaniem głową na domniemane pogłoski o podziemiu czarodziejów. — Straż sąsiedzką, bojowych nastolatków świeżo po Hogwarcie, czy po prostu ludzi o dobrym sercu... Nie wszyscy patrzą tylko na siebie i dzięki niech będą Matce, bo nawet jej wstawiennictwo nie ocali wszystkich. A pomoc bliźnim jest niezwykle ważna. — Uśmiechnął się nieco smutno. — Jednak, gdyby po kraju faktycznie aktywnie latała taka zbieranina, to obawiam się, że dopadłoby ich Ministerstwo Magii albo sami Śmierciożercy.
Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów czułby się zapewne zobowiązany do tego, aby ukrócić nielegalną działalność, nawet jeśli służyła dobrej sprawie. Bądź co bądź, mogło to robić złą prasę dla oddziałów Brygadzistów czy Aurorów, a to na pewno nie było na rękę tamtejszemu szefostwu czy nawet Ministrze Magii. Z drugiej strony, Śmierciożercy mogliby równie szybko postawić sobie za cel wyeliminowanie samozwańczych bohaterów, którzy krzyżowali im plany. Z tego, co wiedział Macmillan, jedynym organem faktycznie mającym ludzi, którzy mogli przeciwstawić się Czarnemu Panu, było właśnie Ministerstwo Magii.
— Nie ma za bardzo, o czym opowiadać — stwierdził, odkładając herbatę na bok, aby zająć się ciastem. Przełożył kawałek karpatki z patery na oddzielny talerzyk i zaczął dzielić widelczykiem przysmak na mniejsze kawałki. — Limbo to miejsce, do którego dusze czarodziejów przenoszą się po śmierci, przynajmniej w większości przypadków. To tak nasza kraina zmarłych. Oczywiście, zdarza się, że w odpowiednich okolicznościach pewne zbłąkane dusze wracają zza drugiej strony. A to zazwyczaj jest problem. — Westchnął cicho. — Limbo nigdy nie zostało dokładnie przebadane przez maginaukowców czy kapłanów. To dzika kraina, która... Nie przypomina tego, co znamy. Z tego, co wiem, tegoroczne Beltane było pierwszym przypadkiem, gdy komuś żywemu udało się odwiedzić to miejsce.
Wyjątkiem od tej reguły byli oczywiście niektórzy przedstawiciele rodu Trelawney, jednak akurat ich przypadki różniły się znacznie od losu Brygadzistów i Aurorów, którzy zaangażowali się w walki na Polanie Ognisk. Jedni zerkali w Limbo wbrew swej woli, spychani na drugą stronę przez wichry tworzone przez siły wyższe, a ci wariaci z Ministerstwa... Cóż, ich zachowanie było zdaniem Macmillana lekkomyślne i po prostu głupie, chociaż ich pobudki były nad wyraz szlachetne. Kto wie, jak wyglądałaby sytuacja, gdyby nie udało im się pokrzyżować planów Czarnego Pana swoim wtargnięciem do innego wymiaru?
— Trzeba mieć wiarę, że to wszystko w końcu się skończy. Powiedziałbym, że można się do tego przyzwyczaić, ale tak naprawdę przypomina to siedzenie na pudle fajerwerków z nadzieją, że te nie wybuchną po podpaleniu lontu. — Odbił wzrokiem od twarzy Bagshota w górę papierów nieopodal. Skinął głową na słowa żalu ze strony Isaaca. — Kowen się podniesie, jak i społeczeństwo. Z tego, co słyszałem, krewni już przygotowują się do Lithy.
Podejrzewał, że nie będzie równie wystawna, jak Beltane czy Ostara, jednak nawet jeśli zjawi się połowa uczestników obchodów, to i tak będzie spory sukces. Chociaż atak Śmierciożerców nie miał na celu, tylko i wyłącznie zastraszenia gości, tak udało im się to. Ludzie byli wstrząśnięci doniesieniami o wydarzeniach w lesie nieopodal Doliny Godryka. Widma, które wypełzły z zaświatów, aby zaszyć się w głuszy, pewnie też działały już mieszkańcom na nerwy.
— Ja podziękuję, ale proszę się nie krępować — odparł Sebastian, unosząc filiżankę w górę z lekkim uśmiechem. Nie miał zwyczaju pić w pracy, a bądź co bądź poprzez przyjęcie zaproszenia do domostwa Bagshota właśnie brał udział w zleceniu.