Zerknął na nią pod koniec pierwszej wypowiedzi. Nie żeby nie słuchał, ale to dopiero ostatnie słowa przykuły jego większą uwagę i zmusiły do oderwania wzroku od okna, gdzie wciąż zerkał.
— Przypalonymi tworami? — zagadnął, nie bardzo umiejąc rozszyfrować, co dokładnie chodziło jej po głowie. Co można było spalić w transporcie? Albo dokumentach? Pomijając same dokumenty, ale wtedy daleko by nie zawędrowała.
Ale piromancja miała odejść na dalszy plan na rzecz Tunezji. Felician poprawił się nieco na siedzeniu i wpatrzył w nią uważniej, bo to już zdecydowanie było interesujące. Chyba ominęła go ta nowinka, ale miał ostatnimi dniami sporo pracy, to nie było nic dziwnego.
— A, możliwe... ale brzmi tak, jakby była warta sporych pieniędzy. I ich przepierdolenia — odparł, samemu zastanawiając się, czy mogłoby go stać na coś takiego. Może miałby tylko jedną taką okazję w życiu, to też warto wziąć pod uwagę. Dalekie wyjazdy nie zdarzały się bardzo często, a szkoda. Kto wie, gdzie będzie za pół roku i co będzie robić.
Ruszyli z miejsca, a ziemia powoli oddaliła się od okiennej szyby. To zawsze było wyjątkowe uczucie, chociaż znacznie milsze wraz z chłodem wiatru na twarzy i we włosach.
Zerknął znowu na Millie, kiedy wyciągała papierosa. Sam również nie omieszkał się poczęstować, dziękując niemym skinięciem głową. Wsunął go między zęby i sięgnął po zapalniczkę, której fikuśny kształt przypominał zwiniętego w kłębek chińskiego smoka, a w trzymanej przezeń kuli kłębiły się iluzoryczne płomienie.
— Świergotnik? — Z lekka uniósł brew. — Wiesz, że od ich głosu można oszaleć? Dosłownie, postradać zmysły... i trzeba mieć licencję... I osobiście uważam, że wyglądają dziwacznie, jak odwrócona gruszka. — Odłożył książkę na bok i zaciągnął się papierosem. Oczywiście orientował się w prawie ochrony i polowań, było podstawą jego zawodu, ale chwilowo pominął tę kwestię. — Nie myślisz, że opieka będzie równie droga? — zapytał zaraz, zerkając na nią z zaciekawieniem.