26.03.2024, 21:23 ✶
Kiedy zaprzeczyła, wyraźnie odetchnął z ulgą. Och, jakże to były doskonałe wieści, dłoń zatopiła się w poszyciu, jak we włosach kochanki, jakby chciał samemu zapuścić korzenie, głęboko, głęboko w ziemie, połączyć się z mikoryzową siecią i nie być już tylko gościem, a częścią lasu. Zwłaszcza teraz, kiedy okazało się, że jest ktoś, kto może powiedzieć – proszę stąd wyjść.
– Ja... emm... Moja rodzina mieszkała tu od zawsze. Wcześniej, tam gdzie chciałem żebyśmy poszli, gdzie mógłbym naparzyć nam ciepłej herbaty, mój dziadek wcześniej prowadził tam badania do swojej książki Florya i Faunya Wielkyej Kniey Godyrykowey – cóż jeden egzemplarz, podpisany przez Roberta McGonagalla Juniora z pewnością stał na półce u Greengrassów. Tymczasem jego być może spadkobierca mówił dalej, odtwarzając kolejne losy swojej rodziny. –Potem jak się urodziłem, to zamieszkaliśmy tu razem z matką, jego córką. – o obecności ojca w leśniczówce nie wspominał, ponieważ była to Wielka Tajemnica i tyle razy ile miał wkładane do głowy, żeby o tym nie mówić, to nie mógł tego zliczyć. Jego ojciec od czterech lat połączony był z lasem, jego drzewo rosło piękne i Samuel liczył, że kiedyś, kiedy i jego życie jako człowiek się skończy, ktoś pochowa go niedaleko i też będzie mógł wzrosnąć...
– Ale tak się złożyło, że przed czterema laty moja matka poddała się klątwie maledictusa i em... jest tu pewnie gdzieś, kto wie, może nawet na nas patrzy z drzewa i ocenia jak sobie radzę. – było to upiorne przypuszczenie, ale zdawało się, że przynosi chłopakowi ukojenie, pomaga oswoić się ze stratą. – Od tego czasu... tylko kozy. Ja... nie wiem czy mam jakieś dokumenty, m... możemy się przejść, mogę poszukać, ale... Białka raz poszła w szkodę i zjadła dwie książki, jeśli papier był tam... to już go niestety nie ma. – uśmiechnął się przepraszająco.
– Ja... emm... Moja rodzina mieszkała tu od zawsze. Wcześniej, tam gdzie chciałem żebyśmy poszli, gdzie mógłbym naparzyć nam ciepłej herbaty, mój dziadek wcześniej prowadził tam badania do swojej książki Florya i Faunya Wielkyej Kniey Godyrykowey – cóż jeden egzemplarz, podpisany przez Roberta McGonagalla Juniora z pewnością stał na półce u Greengrassów. Tymczasem jego być może spadkobierca mówił dalej, odtwarzając kolejne losy swojej rodziny. –Potem jak się urodziłem, to zamieszkaliśmy tu razem z matką, jego córką. – o obecności ojca w leśniczówce nie wspominał, ponieważ była to Wielka Tajemnica i tyle razy ile miał wkładane do głowy, żeby o tym nie mówić, to nie mógł tego zliczyć. Jego ojciec od czterech lat połączony był z lasem, jego drzewo rosło piękne i Samuel liczył, że kiedyś, kiedy i jego życie jako człowiek się skończy, ktoś pochowa go niedaleko i też będzie mógł wzrosnąć...
– Ale tak się złożyło, że przed czterema laty moja matka poddała się klątwie maledictusa i em... jest tu pewnie gdzieś, kto wie, może nawet na nas patrzy z drzewa i ocenia jak sobie radzę. – było to upiorne przypuszczenie, ale zdawało się, że przynosi chłopakowi ukojenie, pomaga oswoić się ze stratą. – Od tego czasu... tylko kozy. Ja... nie wiem czy mam jakieś dokumenty, m... możemy się przejść, mogę poszukać, ale... Białka raz poszła w szkodę i zjadła dwie książki, jeśli papier był tam... to już go niestety nie ma. – uśmiechnął się przepraszająco.