Obserwował jej profil, gdy mówiła, w jaki sposób głoski układają się na jej wargach, jak zmienia wyraz twarzy. Lekko spierzchnięte usta mówiące o innym rodzaju płomienia, o którym do tej chwili w ogóle nie myślał, ale który pojawił się, jak uderzenie główki zapałki o draskę, nagle i tylko słabym ogniem, ale myśl o tym, że moment jest doskonały, ciepły wiatr na skórze, jak dotyk, zapowiadający pocałunek, nie mogła mu wyjść z głowy. Serce biło pomiędzy falami. Zamiast tego odwrócił spojrzenie ku morzu.
— Nie, nie o takich. Kiedy podpalisz jedno pasmo siana, narobi dymu, spłonie i rozsypie się w popiół. To rzeczywistość, która jest i która się wydarza. Jasnowidzenie pozwala mi widzieć cały płonący snopek. I mogłoby to być przyjemne, gdyby nie fakt, że bliżej temu do spalania się wewnątrz niego, szukając tego jednego źdźbła, tu i teraz, niż oglądanie ogniska na plaży w ostatnie dni lata. — opowiadał, wracając do niej wzrokiem i pozwalając mu odpłynąć. Coś go powstrzymywało przed ujęciem jej twarzy w dłonie, poza trzymaniem w jednej ptysia.
— Będę łaskawym panem, jedz, pij, raduj się — pojednawczo wyciągnął w jej stronę kremową słodkość, a kiedy już się w nią wgryzła, powoli pozwolił jej przejąć deser we własną rękę, tylko oblizując swoje palce z pudru i zastanawiając się mimowolnie, jakby smakowały kąciki jej ust, umazane resztkami pistacjowej pyszności. Czuł się niemal pijany swobodą, z jaką płynęły jego myśli przy niej.
Bardzo długo zwlekał z odpowiedzią na to drugie pytanie.
Niebo stało się znacznie ciemniejsze przez ten czas, a milczenie wypełnił szum fal, coraz głębszej czerni toni, która spokojnie pulsowała swoim zawołaniem. Morpheus sięgnął po piasek i przesypywał go z jednej dłoni w drugą, jak ten, który znajdował się w klepsydrze na jego szyi, będącej odpowiedzią na jej pytanie, którego nie mógł jej podać, nie w formie bezpośredniej. Wiązały go zobowiązania i przysięgi, a wbrew różnym opiniom, był mężczyzną honorowym.
— Tak, można ujarzmić czas.
A jednak brat Morpheusa nadal był martwy.
— Dużo myślę ostatnio o Odyseuszu, który zrobił wszystko, aby pozostać, a później wrócić do domu, który zgubił swój moralny kompas, ale nigdy nie zagub swojego celu, nawet gdy pogubił samego siebie. Człowiek, który chciał jedynie ponownie wziąć w ramiona swoją żonę, zamiast obiecanej chwały. Powrócił do Itaki po dwudziestu latach. Mnie nie było jedynie pół roku, a już czuję, że te same ulice nie niosą tych samych ludzi. Deski w Warowni nie skrzypią tak samo, bo ci sami ludzie nie siadają razem do stołu. Ja sam nie jestem jaki sam i wszyscy dookoła są inni. Wyjechałem, bo stałem się zgniłym jabłkiem, aby odciąć i uleczyć chorą winorośl, a gdy wróciłem, wszystko popłynęło do przodu. Zmieniło się.