• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 11 Dalej »
[29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent

[29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#12
26.03.2024, 23:35  ✶  
I need a place to bury the soulless, charming
Winter-hell creature upon me
(...)
Let me in.

Ścieżki, jakimi poruszał się umysł Esmé zawsze były nieoczywiste. Wiedział to każdy, kto miał przyjemność lub nieprzyjemność zamienić z kaletnikiem więcej niż dwa słowa. A czasami i dwa słowa z jego ust były wystarczające, by śmiałe zarzuty normalności zostały bezpowrotnie oddalone. Laurent usłyszał tych słów więcej. Znacznie więcej. Usłyszał słowa, jakich nie słyszał nikt, otrzymał myśli, których nie otrzymał dotąd nikt. Sanktuarium było przed nim, ale wrota pozostawały zamknięte. Zbyt ciężkie, by mógł je otworzyć... tak po prostu. Nieważne jak unikatowym Aniołkiem był. Ale z wewnątrz dochodził chóralny śpiew jak nigdy dotąd, który pozwalał na wyobrażenia tego, co dzieje się wewnątrz. Oh, z pewnością ceremonia. Z pewnością. Z... pewnością? Prewett znał słowa tych zaśpiewów, niektóre nawet za dobrze. Znał też ich przeznaczenie. Ale czy tutaj, teraz, to przeznaczenie było takie, jak być powinno? Czy chwalił? Czy bluźnił? Nie dało się uciec od języka, który nadał nam kształt, ale wewnątrz umysłu Rowle nie istniał język. Istniały myśli. Czyste i jeszcze nieskalane obleczeniem je w słowa, które tworzyły z nich szkarady, zmutowane monstra tego, czym naprawdę były.

Rola, jaką grał Laurent w życiu Esmé nie była tym, co logicznie dało się wywnioskować. Blondyn nieświadomie wpadał w pułapki, zapadki, przeciskał się przez wąskie korytarze i cały labirynt, będąc pewnym tego, że zmierza ku swojemu celowi. Rzemieślnik nie był w stanie go zatrzymać, ale ze swoistym zaniepokojeniem obserwował, jak ten zbliża się ku końcowi. Bo tylko on wiedział to, gdzie znajdzie się Laurent, gdy osiągnie metę.

Przecież zbliżali się do siebie, prawda? Zatem skąd ta bzdura, że Esmé postrzegał to inaczej? Jasno wskazywał, że nie postrzegał tego wcale inaczej, a wręcz przeciwnie - potwierdzał, że ich serca są coraz bliżej. Buntownicze, puste frazesy, by Rowle mógł czuć się tak enigmatycznym, jak... nie, pierdolenie. Sens był prosty i widoczny jak powietrze na dłoni. Kto miał realne szanse na dokonanie zmian tak wielkich w jego życiu, by pustka stała się okazjonalnym dyskomfortem, a nie nijaką codziennością? To nie pytanie retoryczne, a zagadka z góry ustalonymi odpowiedziami. Jak wiele zmienić mógł człowiek, który ubóstwiał produkt pustki? A jak wiele mógł zmienić człowiek, który zupełnie go nienawidził? Przecież nikt nie naprawiał tego, co nie było zepsute. Nikt też nie naprawiał tego, co było już wspaniałe. Perfekcji nie dało się poprawić, czyż nie? Zatem, Laurent, czy byłeś naprawdę tym, za kogo się uważałeś? I Esmé, ty też. Ciebie również się to tyczy.

- Niedoczekanie. - mruknął, bo jakby mógł odmówić zaproszeniu od Laurenta? Nawet jeżeli ten teraz go prosił, aby to zrobił. Arogancja i egoizm nie były jedynie domenami Prewetta. Mógł podpowiadać mu kroki tańca, ale to Rowle decydował czy według nich postąpi. I jasno się wyrażał - nie. Tańcz swoje, Laurent, a ja będę tańczył swoje. Gniew ze słowa "nigdy" zdawał się być już teraz jedynie przywidzeniem, bo nie było po nim śladu. Zupełnie jakby został zabity, uciszony na wieki lub zanurzony w... brei, mazi, smole, która wdzierała się do ust, nozdrzy i brnęła do płuc, by odebrać oddech, by nadać ciężkości, która nie pozwoli już nigdy wyjść na powierzchnie.
- Masz dużo do powiedzenia jak na pył. - rzucił delikatnie rozbawiony, unosząc delikatnie kącik ust w ledwo zauważalnym, zadziornym uśmieszku. Pasowało to do Laurenta. Bycie tym pyłem, który nie pozwala siebie użyć. Bycie tylko pyłem, a jednak rozkazywanie artyście, by nigdy w życiu nawet nie przyszło mu do głowy, by go użyć. Niestety, koniec końców, to od artysty zależał los narzędzi. - Po co mi Twój pył? - zapytał, przekrzywiając głowę na bok. - Własnego mam pod dostatkiem. - dodał, wzruszając ramionami, jakby to była naprawdę rozmowa na temat tylko i wyłącznie pyłu. Jakby wcale nie miał na myśli siebie. Jakby wcale nie był świadom, że w pogoni za emocjami, w walce z pustką miażdżył wszystko dookoła, tworząc z tego kolejny pył. Dosypywał go do imponującej góry, niczym Synaj. Ale Boga ani widu, ani słychu.

Czuł ten pył? Czuł jak kaletnik używa go całymi garściami w rozmowach z nim? Nieistotne. Prewett mógł się wzbraniać, ale musiał już wiedzieć, że jego władza kończyła się w momencie, w którym zaczynał się Esmé. Dalej było terytorium, na którym mógł się znaleźć, ale... cena. Konsekwencje. O tym już było.

Może to blondyn wypowiedział słowa o studni, ale to rzemieślnik pozwolił im wybrzmieć tak, jakby były jego własne. Pokiwał delikatnie głową, wpatrzony w błękitne oczęta niczym w tafle krystalicznie czystego jeziora. Niby powierzchownie, a widział samo dno. I uśmiechał się, bardzo mozolnie, jakby jego usta były machiną ważącą kilkanaście lub kilkadziesiąt ton, napędzaną potężnym, aczkolwiek niezwykle wolnym silnikiem, który łańcuchami ciągnął wrota, by je rozchylić.

- A może zaglądasz do tej studni i widzisz w niej swe zniekształcone odbicie? To Ty, ale jednocześnie - to ktoś, kim Ty na pewno nie jesteś i nigdy nie będziesz. - z szerokim uśmiechem wypowiedział te słowa, jakby był z siebie naprawdę zadowolony. - Jeszcze jak byłem dzieckiem pewna starsza kobieta nakryła mnie na zaglądaniu do studni. W jej mrok i głębię. Ostrzegła mnie, że nie powinienem tego robić. Pamiętam, że jej słowa nie brzmiały jak zwyczajna troska wobec dziecka, a rzeczywista porada. Zapytałem ją -  "dlaczego?". Przecież nie wpadnę. Odparła, że mam rację, nie wpadnę. Zostanę wciągnięty. - i odeszła, pozostawiając małego chłopca bardziej przerażonego, niż jakakolwiek inna historia, mająca nauczyć go odpowiednich zachowań. Strach nie pochodził z tego, że Esmé jej wierzył, bo nie wierzył w to tak samo, jak w "pana", który go zabierze jak będzie niegrzeczny. Strach pochodził z tego, że kobieta sama w to wierzyła. I tu kryła się kolejna lekcja lub garść pyłu.

Oh, nomenklatura dla Rowle miała całe znaczenie. Ze swoistym niedowierzaniem przyjmował słowa Prewetta, że przecież mówią o tym samym. Nie wyprowadzał go z błędu, bo było to bardzo kłopotliwe. Zmuszające do tłumaczenia tak wielu rzeczy, a przecież kaletnik tłumaczył... tak niewiele rzeczy. Interpretację pozostawiał innym, bo... to była rola innych. On z siebie wyrzucał słowa, których znaczenie znał. Jeżeli tak zrozumiał je Laurent... niech i tak będzie. Niech będzie, że zgadzają się, że mówią o dokładnie tym samym. Dla Esmé było to całkiem urocze. I Prewett widział go takim, jakim chciał go widzieć. Czasami, ale jednak. Czy to źle? W żadnym wypadku. Sam widział w Laurencie to, co chciał w nim widzieć, nawet jeżeli zacząłby się przed tym wzbraniać. Tak działał umysł ludzki. Tylko jak tu walczyć z logiką blondyna? Przecież, obiektywnie, miał rację, prawda? Poniekąd. Słowa jakich używał Rowle nie były przypadkowe. Nigdy. Każde starał się dobierać tak, by najlepiej pasowało do jego myśli. Synonimy może określały to samo, ale z zupełnie innej perspektywy. O tę perspektywę chodziło. O to, skąd pewne intencje wychodziły. Korzystając z wykorzystanego już niegdyś porównania - inny wydźwięk miały słowa "kocham cię" zapisane pięknymi literami na kartce papieru, a inny wydrapane paznokciami na ścianie pokoju czy wymalowane krwią na podłodze. Tego nie dało się przekazać słownie, ale dało się użyć innych słów, które może mówiły o tym samym, ale z zupełnie innych powodów. Ten sam efekt, ale nie ten sam cel i nie ta sama droga.

Z goryczą przyjmował słowa, że pomaga Laurentowi kwitnąć. Naprawdę nie rozumiał do czego to zmierza. Jaki jest tego cel. Nie każdy kwiat kwitnie, by móc przekwitnąć i umrzeć na własnych warunkach. Niektóre kwitły dla kogoś, zachwycając na tyle mocno, aż zostaną zerwane. Zniszczone. Ironiczne, bo Prewett pytał o to cztery lata temu. Niepokojące, bo wyraził wtedy zrozumienie. Wyraził... swoistą gotowość. A niektóre kwiaty były przerabiane na barwniki. Zaś barwy, cóż, barwy życia zdecydowanie brakowało kaletnikowi. Jednak skoro czuł gorycz, to przecież nie było źle, prawda? Nie, było tym gorzej. Było najgorzej. Bo czuł.

Krytyk literacki i opowieść jednocześnie? Uniósł brwi, po czym roześmiał się lekko, rozkładając ręce na boki, jakby chciał powiedzieć "cały ja" i "co poradzę" symultanicznie.

- Laurent... - mruknął, przeciągając jego imię. - Jestem rzemieślnikiem, nie artystą. - i chciałoby się zapytać "co to za różnica?", ale... znów różnicą była nomenklatura. Powód i cel. A interpretacja pozostawała po stronie Prewetta. Mógł znów uznać, że przecież mówią o tym samym. Nie mówił tego tak naprawdę dla niego, a mówił to dla Prawdy. Jeżeli uważał go za artystę, to jasne, droga wolna, ale wiedz, że kaletnik był rzemieślnikiem we własnym mniemaniu.

Let me in.

Zwątpienie? Zawahanie? Absurdalne. Komiczne. Pyszne. Anioł mu świadkiem, że to wszystko byłoby do odnalezienia wewnątrz cytadeli myśli Esmé, gdyby nie... Anioł. Czarodziej wyprostował się na fotelu, zadarł nieco głowę, a plecy przestały dotykać oparcia, jakby był gotów rzucić się do biegu. Albo do walki. Albo do stóp. Dłonie zacisnęły się na podłokietnikach, aż knykcie pobladły. Ciemne oczy młodego mężczyzny błyszczały jak rzadko kiedy, chociaż Laurent nie uwierzyłby mu, że naprawdę tak rzadko kiedy. W końcu widział te iskry nie pierwszy raz. Czy uwierzyłby mu, że były one właściwie zarezerwowane tylko dla niego? Oh, rezerwacja... to zabrzmiało, jakby Rowle cokolwiek tutaj kontrolował. Przecież sam blondyn określał go chaosem. Czy chaos dało się kontrolować? Czy chaos kontrolował siebie? Nie i nie. Chaos dało się jedynie napędzać. Prewett, Ty pieprzony hipokryto. Jak mógł szukać zawahania, gdy sam przyjął tron, diadem i płaszcz bez niego? Rowle, Ty pieprzony hipokryto. Jak mogłeś wypowiedzieć te słowa, również szukając tego samego zawahania w blondynie? Nie, nie szukając. Obawiając się go. Efekt był... wyborny. Przerastający oczekiwania, ale jednocześnie - idealnie osiągający je. Teraz to usta rzemieślnika pomalowane były pomadką ze słów "zrób to", jakby skradł ją z warg Laurenta w eterycznym i, zarówno, efemerycznym pocałunku. To, co byłoby uśmiechem, teraz było roześmianiem się. Wesołym, energicznym, wręcz niepasującym do Esmé. Szczerzył się, a uznanie go za "przedziwnego" podniosło to uczucie o stopień wyżej.

Cztery lata temu grali w grę, w której badali siebie, odkrywali się wzajemnie. Cztery lata później... i grali w grę, w której sami się obnażali przed sobą. Do tego momentu dałoby się przysiąc, że Czarodziej przez cały ten czas składał z siebie origami. Z tej poszarpanej kartki, z powypalanymi dziurami, z przebarwieniami, z plamami. Ład z nieładu. A teraz dałoby się przysiąc, że to origami znajdowało się na jego dłoni tylko po to, by mógł je zmiażdżyć. Zacisnąć pięść nagle, w niezrozumiałym przypływie... czegoś. Rozwiać wątpliwości o swej stabilności, której nie dało się zarzucić mu kiedyś, ale można było ją wywnioskować jeszcze kilka słów temu. Czy naprawdę zmieniło się tak wiele?

To wszystko przez niego. To wszystko przez Laurenta. Jednak Esmé nie obwiniał go. Wręcz przeciwnie - był mu wdzięczny. To dzięki niemu. Dzięki Laurentowi. Gdyby tylko zbył te słowa śmiechem, gdyby tylko... nie pokazał, że jest zdolny. Przynęta, która została połknięta w pełni, ale obaj byli rybakami.

Autodestrukcja? Nie, w żadnym wypadku. Eksploatacja. To było oczywiste, gdyby się dobrze zastanowić - wszystko i wszyscy byli paliwem, które mogło zasilać emocje, a te rzucały się w przepaść pustki, by chociaż na chwilę dać wrażenie, że tak naprawdę jej tam nie ma. Wszystko i wszyscy. On sam nie był wyjątkiem. Szalenie ciekaw tego, co mógłby Prewett zrobić. I co zrobiłaby z nim ta władza.

- Tylko tyle? - zapytał retorycznie, nieco zaskoczony. Oparł się znów wygodnie, rozluźnił, bo do tego zmierzał Laurent. Nie chciał go ponaglać, nie chciał wymuszać. Chciał dać mu tę władzę i... obserwować. Zakwitniesz czy zwiędniesz? - Jestem ciekaw wielu więcej rzeczy, Laurencie. - wciąż były w nim emocje, które powoli zaczynały wygasać, ale i nawet dogasając stanowiły oczywisty kontrast do codzienności. Prychnął, odchylając głowę, opierając ją na zagłowiu fotela i zamykając oczy. - Jestem ciekaw czy byłbyś zdolny, czy to tylko fascynacja? Czy ciemiężony mógłby być ciemiężycielem, czy to tylko radość z samej świadomości pozycji? Czy spróbowałbyś ratować to, co zniszczyłeś? Czy mówię Prawdę? I, prawie najważniejsze, czy byłbyś w stanie zmyć tę krew z rąk... czy może byś z uświęceniem się nią wysmarował, hm? - rozchylił delikatnie oczy, a jego usta cały czas wywinięte były w przyjemnym, lekkim uśmiechu. Jakby... te wszystkie myśli masowały jego napięty umysł. Jakby to była czysta przyjemność rozmyślać na ten temat. - Ćśśś, nie mów. - uniósł głowę i spojrzał na niego zaskakująco poważnie, jak na to, co wyrażał sobą jeszcze kilka sekund temu. - To wszystko by popsuło. - a zatem niech trwa.

Let me in.

Cztery lata ogar siedział w stalowej klatce. Cztery lata nawet nie warknął, nie pokazał zębów, ani pazurów. Nie błysnęła krwiożercza iskra w jego oczach, gdy obok jego więzienia, ale jednak z dystansem, przemykali przechodnie. Spokój, opanowanie, ład. Ten sam ogar, który cztery lata temu warczał, gdy tylko próbowano się zbliżyć, odstraszając od siebie i nosząc na sobie ślady, które jasno wskazywały niebezpieczeństwo. Ten sam, który w akcie zupełnego skonfundowania łapał kłami również samego siebie, wierzgając, widząc wrogów i przyjaciół jednocześnie wszędzie wokół i wewnątrz samego siebie. Cztery lata czekania. Cztery lata iluzji, że tego wszystkiego już w nim nie ma, by ktoś wreszcie podszedł bliżej. By... go wpuścił, ale nie wypuścił. Cztery lata, by spić słodko-gorzki nektar z własnych szponów, a później zapewnić, że rozszarpane truchło leży dlatego, że próbowano go skrzywdzić.


Let me in...

Cisza. Niczym kubeł lodowatej wody wydzierający nas brutalnie z ciepłych, przytulnych objęć Morfeusza. Objęcie, w które znów sobie wpadli... nie, teraz to Laurent w nie wpadł. Rowle stał nieruchomo, sztywno jak wieszak, nie wierząc temu co tutaj się działo. Nie wierząc, że był rekinem, który poczuł krew i gotów był wyskoczyć z wody wprost na pustynię, by tylko za nią dalej podążać. By skosztować i tym samym pewnie przypieczętować swój los. Zupełnie otumaniony, oszołomiony szumem, który zawsze tkwił w jego głowie, ale teraz aż dudnił, aż trząsł murami cytadeli. Pustka nie była ciszą, pustka była kakofonią, z której nie dało się niczego wyciągnąć. Niczego wyszczególnić. Niczym zadowolić, ale też niczym obrzydzić. A jednak czuł teraz obrzydzenie. Do samego siebie. Uczucie, które powinno go karcić, ale teraz czuł jednocześnie ulgę z tego samego powodu. Pierwszy raz się zawahał. Jego ręce zadrżały, gdy w końcu ruszyły, by objąć Prewetta, który wciąż tkwił w jego ramionach. Chwila, ale trwająca wieczność. Całą wieczność. Jakby ten uścisk miał być świętokradztwem z jego strony. Nie zasługiwał, nie on. Nie był wcale lepszy, niż wszyscy inni, którzy skrzywdzili blondyna. Jedynie jego metody były inne. Ale zawsze podążał za wrażeniami, zawsze kierował się ku uczuciu, więc zacisnął ramiona na mężczyźnie, przycisnął go do siebie, nie pozwalając mu tak szybko ich opuścić, jakby zamknął go w klatce. Jakby Laurent wstąpił do żelaznej dziewicy, z której nie było ucieczki, póki w niej nie skona. Ale to Esmé skonał. Opadł bez sił, zrzucając cały ciężar swej osoby na drobnego, kruchego Anioła. Czy utrzyma? Czy zachwieje się? Czy spróbuje? Jego głowa opadła, wbijając brodę w bark Laurenta. Włosy przysłoniły mu twarz, która niczym w kalejdoskopie zmieniała swój wyraz, chociaż zmiany były na tyle subtelne, że niewprawny obserwator mógłby przysiąc, że przecież "nic się nie dzieje". Ten widok był jednak przeznaczony dla nikogo. Zaraz uniósł usta, które zbliżyły się do ucha, rozchyliły i... zacisnęły. Chciał go przeprosić, ale splunąłby tym samym Prawdzie prosto w twarz. Jak mógł przepraszać, gdy nie czuł skruchy? Czuł po prostu obrzydzenie, ale nie żal za swe grzechy. Bóg, który chciał wyspowiadać się Aniołowi, ale nie potrafił. Widocznie nie każdy Bóg był dobry.

Odsunął go od siebie, gdy w końcu nastąpił moment rozstania z objęć. Jego głowa była opuszczona, a on w iście teatralnym ruchu odgarnął włosy do tyłu, zadzierając tym samym głowę. Beznamiętność znów zawitała na salony. Pustka była straszna. Pożerała wszystko w mgnieniu oka, jeżeli tylko na to jej pozwolono.

Warknięcie jarczuka było teraz jak miałczenie małego kociaka. To, co chwilę temu napawało go absurdalnym, niewytłumaczalnym niepokojem i lękiem, tak teraz było jedynie tłem. Prawdziwym zagrożeniem nie był Duma. Prawdziwym zagrożeniem był Laurent. Przerośnięty czworonóg gwarantował jedynie śmierć, ale Prewett? Znacznie więcej. I tak jak wobec jarczuka - Esmé nie uciekał. Esmé wyczekiwał.

- Wszyscy krwawimy. - zaczął precyzować swoje słowa. Takie momenty jak ten dało się zliczyć na palcach jednej ręki. - Ale krwawienie ustaje. Dowód nosisz na nadgarstku. - i ruszył lekko dłonią, wskazując na szramy, których wcześniej dotykał. - Są jednak takie rany, które nigdy nie przestaną. - rozumiał ich relację. Nie uważał, że jest ponad wszystkimi, nie uważał że to coś więcej niż miłość czy cokolwiek, co mógłby czuć Laurent wobec innych. Ale był świadom wyjątkowości tego wszystkiego. W końcu... o to tutaj chodziło. Dlatego Prewett tutaj przychodził. Dlatego to wszystko się działo. Ten taniec, ten seks. Temu nie dało się zaprzeczyć. Wzajemnie byli dla siebie jak ostatnia deska ratunku, jak brzytwa, za którą wcale nie musiałeś się chwytać, ale chciałeś. Zaprzepaszczenie tego... byłoby zgubą. I może Rowle czuł się w tym odosobniony, może Laurent był dla niego istotniejszy, niż on dla niego. Nieistotne. Wiedział, że jeżeli to zniszczy, to... przegrał. Tak po prostu. Raz. Na. Zawsze.

Aniele Boży, stróżu mój, a Ty za mnie zdecyduj.

Uniósł brwi wyżej, ze swoistym zaskoczeniem przysłuchiwał się, że przecież... uprawiali seks. Świadomy tego i nieświadomy jednocześnie. Prychnął. Raz, drugi, trzeci. Pokiwał głową i wciąż oparty tyłkiem o stolik, sięgnął za siebie, po papierośnicę. Otworzył ją i... z nijakością godną jego samego zamknął. Była pusta. Omiótł pomieszczenie wzrokiem od niechcenia, jakby właśnie do niego znów wszedł i to po długiej przerwie. Wszystko było na miejscu? Niby tak, a jakby jednocześnie nic nie było już mu znajome. Odepchnął się, ze zgrzytem przesuwając stolik tym samym i wystawił rękę do góry. Beksa nie znał sztuczek, ale znał zwyczaje. Wylądował na dłoni kaletnika, który zaraz zamknął stworzonko w niej, by nieśpiesznie gładzić je kciukiem po grzbiecie, nie bojąc się iskier strzelających z ogona.

- Po dobrym seksie zwykłem palić papierosa. - odparł lekko, zmierzając za ladę. - Tym razem będę potrzebował ze dwóch. - mruknął bardziej do siebie i ułożył Smoczoognika na swoim ramieniu. Zaraz było słychać jak metalowe pudełeczko się otwiera, jak coś się przesuwa, szeleści. Emanując skupieniem, ale jednocześnie zupełnym jego brakiem coś robił, by zaraz unieść jakiś papier do ust, by językiem po nim przesunąć, zwilżając go własną śliną. W kilka krótkich chwil w jego palcach znalazł się mistrzowsko skręcony papieros, który został uniesiony wyżej, jakby w ramach prezentacji. - Chcesz? - czuł, że Laurent na niego zasługuje. Może wcale nie chce, może się brzydzi, ale zasługuje. Że należy mu się. Jeżeli chciał... to go otrzymał. I zaraz położył na ladzie mosiężną zapalniczkę, by Prewett nie musiał korzystać z magii, by go rozpalić. I wtedy skręciłby sobie drugiego. Jeżeli nie chciał? No to od razu wsunął go w usta, błyskawicznie rozpalił i odchylił głowę do tyłu, mrużąc oczy i zaciągając się dymem z nieskrywaną przyjemnością. Celebrując ten krótki moment oddania się obrzydliwemu nałogowi. Jednej z niewielu rzeczy, które posiadały Esmé, a nie na odwrót. Wydmuchnął dym, powoli i jakby chciał oczyścić całe płuca z niego, by dopiero wtedy wyprostować się, otworzyć oczy i... wyglądać jak zawsze. Nijako.
- Słucham. - powiedział, ruszając w stronę drzwi. Beksa znów poderwał się do lotu, tym razem z samobójczą intencją, bo zaczął krążyć blisko Dumy. Może rzeczywiście Rowle i Smoczoognik mieli ze sobą wiele wspólnego.

Jeden drobny ruch i...

Otwarte.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (17329), Laurent Prewett (17076)




Wiadomości w tym wątku
[29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 21.11.2023, 22:41
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 24.11.2023, 23:21
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 25.11.2023, 00:48
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 30.11.2023, 13:01
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 30.11.2023, 14:40
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 01.12.2023, 21:43
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 03.12.2023, 01:15
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 10.01.2024, 13:28
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 10.01.2024, 17:13
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 14.02.2024, 21:20
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 15.02.2024, 00:52
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 26.03.2024, 23:35
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 01.04.2024, 04:22

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa