Nienawidził zmieniających się przedmiotów w jego rękach, bez wiedzy, gdzie zostały przeniesione. Nienawidził zaskoczenia ciała i umysłu, gdy go dotykano, gdy nie wiedział, że ten dotyk nadchodzi. Nienawidził tych wszystkich osób, które pojawiały się dookoła niego, czarowały, podejmowały inicjatywę, a on mógł być tylko biernym odbiorcą zabiegów. Nawet jego Trzecie Oko zostało uśpione i wiedział, że leki, które otrzymuje, je przytępiają. Celowo.
— Nie chcę o tym rozmawiać — powiedział stanowczo, ale ściszonym głosem. Przez trzy miesiące ubierał swoją żałobę w metafory i kir dramatyzmu, ogrywał ją, brzmiąc niesamowicie szczerze. Cytował Elektrę, Oresteię, opowieści o żałobie, tak, aby okryć własny ból. Anthony znał go, a on zrozumiał tę przyganę korony cierniowej. Opuścił głowę, jakby nie mógł patrzeć na Shafiqa lub utrzymać wzroku, który przecież z taką ostrością wbijał w innych, z taką pewnością siebie. Dziwnie wyglądał, w szpitalnym łóżku, z lokami nieprzysłoniętymi żelem, z zasłoniętym swoim największym atutem, spojrzeniem. Już w czerni zakrawał o żałość, ale w brzydkich ścianach świętego Munga największą łaską byłaby śmierć dla rannego jelonka.
A wtedy uśmiechnął się, tym uśmiechem, który łączył wszystkich Longbottomów przez pokolenia, jaśniejący, jak błask słońca na spokojnych falach morza, niemal oślepiający przez pryzmaty wody. Nie odrzucił słów Antoniusza, ale zawiesił je w swojej deklaracji na później, jak dobrze uszyty płaszcz, nieco znoszony, z dobrej wełny, który może nie służy już, aby się pokazać, ale nadal jest ulubionym i przynosi komfort w czasie, gdy potrzeba czegoś miękkiego, przesiąkniętego znanym zapachem. Gdy trzeba zdjąć zbroję.
— Hełm i włócznia. Zgodnie z tradycją starożytnych chiton będzie materiałowy, zmieniany zgodnie z porami roku lub kaprysem gospodarza. Wolę widzieć to miejsce i zdecydować, więc gdy tylko wyjdę... Daj już spokój, nic nie poprawi mojego komfortu, dopóki nie wstanę. Może być lewe skrzydło.
Zakończył zrezygnowanym westchnięciem.