Nazwa kawiarni, którą wymieniła Brenna, sprawiła, że brew Olbrzymki powędrowała delikatnie w górę. Taką grę słów raczej trudno było zapomnieć, a chwytliwa nazwa dźwignią handlu, czy jak to tam było.
— Kawa, która ożywi nawet zombie i najlepsze pączki w Londynie? Za takie dobroci mogłabym dostąpić swoją duszę.
Przystała na propozycję kobiety z uśmiechem, ale czuła delikatny zawód, że ta ponownie odmówiła zadośćuczynienia za całą sytuację. Nie do końca wiedziała, czy brygadzistka żartuje sobie z tym przekupstwem, czy może w taktowny sposób komunikuje, że ma inne naglące sprawy do załatwienia.
— Jestem ciekawa czy serwują tam walijskie ciasteczka, zabiłabym za jedno z powidłami śliwkowymi lub masłem… — zagaiła, kiedy ruszyły wzdłuż Pokątnej. — Miałaś okazję kiedyś je spróbować? Co lepsze robi się je na patelni, moja niańka zwykle przygotowywała je na podwieczorek!
Regina zamilkła nagle, bo zdała sobie sprawę, że zrobiła coś, czego od bardzo dawna się wystrzegała. Powiedziała prawie obcej osobie o jednym ze swoich milszych wspomnień z dzieciństwa. Przygryzła wnętrze policzka w konsternacji, zastanawiając się czemu w ogóle powiedziała to ostatnie zdanie.
Czy Brenna tak działała na ludzi, że mimowolnie odkrywali swoje karty i nawet nie zdawali sobie z tego sprawy? Może to dzięki jej gadulstwie i otwartości druga osoba odczuwała swego rodzaju swobodę do mówienia o pewnych rzeczach. W pracy brygadzisty były to umiejętności niemal tak samo użyteczne, jak wprawne władanie magią. Jeżeli panna Longbottom zdawała sobie z nich sprawę, to niech pączkowi czarnoksiężnicy i wszyscy ci, którzy łamią magiczne prawo, uważają.