27.03.2024, 22:28 ✶
Dobra, wzięło mnie totalnie. W sensie ten alkohol. Za dużo i za szybko. Już czułem luzy, już tam jakieś rozchichotanie też, takie godne nawet panny-niewydymki, ale dawałem radę, kontrolowałem sytuację i jeszcze widziałem w normalny sposób, chociaż czasami się zastanawiałem, czy aby na pewno, plus w myślach powtarzałem również, że jestem uchlany. To może oznaczało, że byłem bardziej niż myślałem...? Cóż, znając moją przemianę materii, to szybko wytrzeźwieję, choooć... patrząc na tempo moich nowych bliskich, to prawdopodobnie skończę pod stołem albo - jak dopisze mi szczęście - na jakimś krześle, licząc sobie owce. Te śmieszne, wesołe owce. Beee... Czy tam meee.
- Ooo... To tak jak ja i moja Persephonka, tylko że my równie mocno się kochamy, co też mamy ochotę się pozabijać - przyznałem rozbawiony, znowu poruszając temat umierania i śmierci. Hmm. Dziwne. Czy nie dziwne? W sumie to byłem po robocie, to nie dziwić się, że mi odjebywało na punkcie śmierci, skoro całe dni spędzałem na jej badaniu. Z drugiej strony, może po prostu miałem takie poczucie humoru... albo skłonności do obracania się nieopodal śmierci, bo te moje relacje z małżonką to serio były takimi na krawędzi. Totalny kataklizm, a czasami wybuch uczuć.
- Kocham ją mocno, ale będę musiał poprosić moich nowych przyjaciół o wystawienie mi usprawiedliwienia. Zrobicie to dla mnie, chłopaki??? - kontynuowałem do Brenny, ale na chwilę odwracając się do tej gawiedzi, co tam się jarała polewaniem w moim otoczeniu. Niczym stado szerszeni. Tylko picie, picie, picie. - Usprawiedliwienie u żony. Tak, ja mam żonę, ale nie ma jej tutaj. W domu jest! - powtórzyłem i wytłumaczyłem im, bo nie ogarniali. Sam w sumie też tak średnio, ale się do tego nie przyznawałem, więęęc...
- Ostracyzm, tak. Poważanko, poważanko - przyznałem, po czym kilka razy machnąłem palcem, zastanawiając się, co ja miałem zrobić. Coś przed chwilą mówiłem, ale... Uciekło mi, jednakże wróciło naprędce, kiedy Brenna, moja towarzyszka na placu stołowego boju wstała. Poderwałem się za nią, ale że byłem wysoki i niezbyt w tej chwili skoordynowany ze swoim ciałem, to wywróciłem krzesełko. Podniosłem je, przepraszając je delikatnie. Jakby od tego zależały moje dobre stosunki z nim.
- Obawiam się, że ta chmara pójdzie za mną - podjąłem ponownie, pochylając się nieco w kierunku Longbottom, ale zaraz się wyprostowałem i machnąłem ręką. - Ale nie przejmuj się. Oni są zajęci tymi butelkami, szklankami, alkoholami i ploteczkami, to nie zauważą, że my jemy - odparłem i przemknąłem - tym razem już bardziej sprawnie - pomiędzy krzesełkami, kolejnymi miejscami. Powitałem moją nową towarzyszkę, też starszą panią. Od razu machnąłem chłopakom by babie leli i kobieciny nie oszczędzali. Podchwycili temat, a ja podchwyciłem drugą porcję klopsików.
- Smacznego! - dałem błogosławieństwo Brennie, a sam się rozpłynąłem w tym smaku. Ambrozja. - A nie odpowiedziałem ci na pytanie... Oni mnie tu przyciągnęli, złapali z ulicy. Chyba mnie z kimś mylą. Nie wiem, czy da się mnie z kimś pomylić, ale myślę, że to efekt promili we krwi - przyznałem rozbawiony. Wcale nie przyszło mi do głowy, że ktoś mógłby czuć się urażony, że wbiłem i żrę za frajer. Picie swoją drogą...
- Ooo... To tak jak ja i moja Persephonka, tylko że my równie mocno się kochamy, co też mamy ochotę się pozabijać - przyznałem rozbawiony, znowu poruszając temat umierania i śmierci. Hmm. Dziwne. Czy nie dziwne? W sumie to byłem po robocie, to nie dziwić się, że mi odjebywało na punkcie śmierci, skoro całe dni spędzałem na jej badaniu. Z drugiej strony, może po prostu miałem takie poczucie humoru... albo skłonności do obracania się nieopodal śmierci, bo te moje relacje z małżonką to serio były takimi na krawędzi. Totalny kataklizm, a czasami wybuch uczuć.
- Kocham ją mocno, ale będę musiał poprosić moich nowych przyjaciół o wystawienie mi usprawiedliwienia. Zrobicie to dla mnie, chłopaki??? - kontynuowałem do Brenny, ale na chwilę odwracając się do tej gawiedzi, co tam się jarała polewaniem w moim otoczeniu. Niczym stado szerszeni. Tylko picie, picie, picie. - Usprawiedliwienie u żony. Tak, ja mam żonę, ale nie ma jej tutaj. W domu jest! - powtórzyłem i wytłumaczyłem im, bo nie ogarniali. Sam w sumie też tak średnio, ale się do tego nie przyznawałem, więęęc...
- Ostracyzm, tak. Poważanko, poważanko - przyznałem, po czym kilka razy machnąłem palcem, zastanawiając się, co ja miałem zrobić. Coś przed chwilą mówiłem, ale... Uciekło mi, jednakże wróciło naprędce, kiedy Brenna, moja towarzyszka na placu stołowego boju wstała. Poderwałem się za nią, ale że byłem wysoki i niezbyt w tej chwili skoordynowany ze swoim ciałem, to wywróciłem krzesełko. Podniosłem je, przepraszając je delikatnie. Jakby od tego zależały moje dobre stosunki z nim.
- Obawiam się, że ta chmara pójdzie za mną - podjąłem ponownie, pochylając się nieco w kierunku Longbottom, ale zaraz się wyprostowałem i machnąłem ręką. - Ale nie przejmuj się. Oni są zajęci tymi butelkami, szklankami, alkoholami i ploteczkami, to nie zauważą, że my jemy - odparłem i przemknąłem - tym razem już bardziej sprawnie - pomiędzy krzesełkami, kolejnymi miejscami. Powitałem moją nową towarzyszkę, też starszą panią. Od razu machnąłem chłopakom by babie leli i kobieciny nie oszczędzali. Podchwycili temat, a ja podchwyciłem drugą porcję klopsików.
- Smacznego! - dałem błogosławieństwo Brennie, a sam się rozpłynąłem w tym smaku. Ambrozja. - A nie odpowiedziałem ci na pytanie... Oni mnie tu przyciągnęli, złapali z ulicy. Chyba mnie z kimś mylą. Nie wiem, czy da się mnie z kimś pomylić, ale myślę, że to efekt promili we krwi - przyznałem rozbawiony. Wcale nie przyszło mi do głowy, że ktoś mógłby czuć się urażony, że wbiłem i żrę za frajer. Picie swoją drogą...