Wciąż próbował w jego i Bletchleya wariactwie znaleźć swoją wolę życia. Pociągnął nosem, dając kolejnej łzie spłynąć po rozgrzanym policzku i odpowiedział:
- To dobrze. - Dobrze, że miał tę obsesję i karmił go nią. Gdzie indziej Flynn miał szukać spokoju ducha? W stercie złożonych ubrań? Wszystko w swoim życiu ułożył tak, żeby nie musieć już nigdy sprzątać ciuchów rozrzuconych po podłodze, bo kiedy tego nie robił i się nawarstwiały, znowu przestawał widzieć cokolwiek innego niż smutny, przykryty śmieciami materac na środku pustego pokoju. Nie mógł szukać sensu swojego istnienia w sobie - bo wtedy znowu się zataczał, marniał powoli jak cięte, sezonowe kwiaty stojące w wazonie. Mógł szukać ich w kolejnych porankach, kiedy będą leżeli obok siebie, jak nie tam, to może we wspomnieniach sprzed lat, a... Czasami mógł to zrobić i szukał tego w chwili teraźniejszej. Kiedy nie to straci, kiedy nie będzie mógł wyrwać tej miłości spomiędzy palców Alexandra i na nią popatrzeć, ten spokój przywołany dotykiem już na zawsze zniknie. - To chcę być dzisiaj małą łyżeczką - wydusił z siebie cicho, trzepocząc wilgotnymi rzęsami - bo jestem tego strasznie głodny. - Jeszcze raz pociągnął nosem, ocierając oczy otwartą dłonią.
Dobrze wiedział, że nic pomiędzy nimi nie było w porządku. Wciąż był na niego zły, właściwie to miał ochotę na niego nakrzyczeć, pokłócić się, poszarpać, wyrzygać mu to, że skoro nie chce go na tej smyczy prowadzić cały czas, to w sumie czy na pewno wszystko to, co powiedział przez ostatnie minuty, było prawdziwe? Jednocześnie gdyby nie mógł stąd iść, zacząłby rzucać się o ograniczenia. Więc co było odpowiedzią na jego problemy? Istniało cokolwiek, co mogłoby zaspokoić czarną dziurę na środku jego serca, to kłujące uczucie zazdrości i to, jak bardzo go potrzebował i jak szybko ta potrzeba przeradzała się w strach. Nikt nie był tak zmęczony samym sobą jak Flynn, nadaktywnym umysłem przywołującym w każdej sekundzie milion hipotetycznych scenariuszy, w których wszystko kończyło się dokładnie tak źle jak tylko mogło.
- O-ok - wcale nie chciał iść się myć, chciał go tu i teraz i nie stanowiło to żadnej zagadki, bo kiedy Alexander mu przerwał, Flynn dobierał się już do jego rozporka i stęknął, kiedy tylko poczuł jego usta na swojej szyi. - Umyjesz mi włosy? - I co niby tam planował na ten wieczór, kiedy tu wracał? Iść prosto do łóżka, spać, ignorować go, przeciągnąć tę strunę tak bardzo jak się dało, doprowadzić go do obłędu, poszarpać się... Wystarczyło go zobaczyć, żeby to wszystko runęło. Tylko on. Ale kiedyś znajdzie kogoś innego i dotrze do niego, że można być z kimś i nie mieć przez kilka lat wrażenia, że jeszcze wykona się jeden zły ruch, to on zniknie. Ani nie trzeba przy każdej kłótni być gotowym na to, że ktoś cię rozbierze i złoży z powrotem. Z niektórymi ludźmi można było czuć się po prostu dobrze, ich obecność przynosiła spokój, a... wraz przyjdzie też lekcja, że seks mógł być cholernie dobry, nie pozostawiając po sobie wrażenia bycia pożartym przez kogoś, kto swoim jestestwem przytłaczał jak nikt inny. - Wpadłem w tych ubraniach do morza. - Tak naprawdę to zaciągnął go tam śpiew Laurenta, przez co niemalże utopił się w tych falach. - To po prostu zapach plaży - wyjaśnił, splatając ich palce i wychodząc za nim z wozu. Zapach plaży, morza, kilku bezczelnych kłamstw i tego, co w tym morzu żyło.
- To dobrze. - Dobrze, że miał tę obsesję i karmił go nią. Gdzie indziej Flynn miał szukać spokoju ducha? W stercie złożonych ubrań? Wszystko w swoim życiu ułożył tak, żeby nie musieć już nigdy sprzątać ciuchów rozrzuconych po podłodze, bo kiedy tego nie robił i się nawarstwiały, znowu przestawał widzieć cokolwiek innego niż smutny, przykryty śmieciami materac na środku pustego pokoju. Nie mógł szukać sensu swojego istnienia w sobie - bo wtedy znowu się zataczał, marniał powoli jak cięte, sezonowe kwiaty stojące w wazonie. Mógł szukać ich w kolejnych porankach, kiedy będą leżeli obok siebie, jak nie tam, to może we wspomnieniach sprzed lat, a... Czasami mógł to zrobić i szukał tego w chwili teraźniejszej. Kiedy nie to straci, kiedy nie będzie mógł wyrwać tej miłości spomiędzy palców Alexandra i na nią popatrzeć, ten spokój przywołany dotykiem już na zawsze zniknie. - To chcę być dzisiaj małą łyżeczką - wydusił z siebie cicho, trzepocząc wilgotnymi rzęsami - bo jestem tego strasznie głodny. - Jeszcze raz pociągnął nosem, ocierając oczy otwartą dłonią.
Dobrze wiedział, że nic pomiędzy nimi nie było w porządku. Wciąż był na niego zły, właściwie to miał ochotę na niego nakrzyczeć, pokłócić się, poszarpać, wyrzygać mu to, że skoro nie chce go na tej smyczy prowadzić cały czas, to w sumie czy na pewno wszystko to, co powiedział przez ostatnie minuty, było prawdziwe? Jednocześnie gdyby nie mógł stąd iść, zacząłby rzucać się o ograniczenia. Więc co było odpowiedzią na jego problemy? Istniało cokolwiek, co mogłoby zaspokoić czarną dziurę na środku jego serca, to kłujące uczucie zazdrości i to, jak bardzo go potrzebował i jak szybko ta potrzeba przeradzała się w strach. Nikt nie był tak zmęczony samym sobą jak Flynn, nadaktywnym umysłem przywołującym w każdej sekundzie milion hipotetycznych scenariuszy, w których wszystko kończyło się dokładnie tak źle jak tylko mogło.
- O-ok - wcale nie chciał iść się myć, chciał go tu i teraz i nie stanowiło to żadnej zagadki, bo kiedy Alexander mu przerwał, Flynn dobierał się już do jego rozporka i stęknął, kiedy tylko poczuł jego usta na swojej szyi. - Umyjesz mi włosy? - I co niby tam planował na ten wieczór, kiedy tu wracał? Iść prosto do łóżka, spać, ignorować go, przeciągnąć tę strunę tak bardzo jak się dało, doprowadzić go do obłędu, poszarpać się... Wystarczyło go zobaczyć, żeby to wszystko runęło. Tylko on. Ale kiedyś znajdzie kogoś innego i dotrze do niego, że można być z kimś i nie mieć przez kilka lat wrażenia, że jeszcze wykona się jeden zły ruch, to on zniknie. Ani nie trzeba przy każdej kłótni być gotowym na to, że ktoś cię rozbierze i złoży z powrotem. Z niektórymi ludźmi można było czuć się po prostu dobrze, ich obecność przynosiła spokój, a... wraz przyjdzie też lekcja, że seks mógł być cholernie dobry, nie pozostawiając po sobie wrażenia bycia pożartym przez kogoś, kto swoim jestestwem przytłaczał jak nikt inny. - Wpadłem w tych ubraniach do morza. - Tak naprawdę to zaciągnął go tam śpiew Laurenta, przez co niemalże utopił się w tych falach. - To po prostu zapach plaży - wyjaśnił, splatając ich palce i wychodząc za nim z wozu. Zapach plaży, morza, kilku bezczelnych kłamstw i tego, co w tym morzu żyło.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.