28.03.2024, 07:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.03.2024, 03:34 przez Ambrosia McKinnon.)
Była pewna różnica między sprowokowaniem kogoś, a zrobieniem tego w taki sposób, by zareagował jak Louvain. Tych parę ładnych lat temu, zwyczajnie działała na ślepo. Ot, chciała zwyczajnie z dobroci serca postawić mu karty, żeby go trochę na trop tej jego kurwiącej się siostry naprowadzić. Można by rzec, że cała tamta sceneria była metaforą pisania jakiegoś zawoalowanego listu do Louvaina na maszynie do pisania, na temat jej własnych do do niego intencji. Tyle, że Rosie nie pisała ładnie literka po literce, a postanowiła uderzyć w klawiaturę pięścią i zobaczyć co się stanie.
Może to jego zimno wywołało na niej nieco większe wrażenie, gdyby było dla niej całkowicie nowe. Ale Louvain nie był pierwszym mężczyzną, który podzielił się z nią tą tajemnicą, bo miała już okazję dotknąć kogoś innego i pobawić się odrobinę jego energią. Może dlatego, tak samo i przez to że było to właśnie Lestrange, nie była aż taka chętna by ciągnąć go za język, bo zbytnia natarczywość wydawała się jej tutaj niewłaściwa. Jakby miała oznaczać przegranie jakiejś potyczki, której nawet nie toczyli.
Zacisnęła wargi, widząc jak śmieci jej na podłogę, bo ją to w pewien sposób drażniło bardziej jak zwykle. W Ataraxii i tak panował aktualnie nieporządek; kanapa była wciąż przesunięta, kula strzaskana, a gdzieś pod ścianą leżał świecznik, którym rzucał wczorajszego dnia Hades. Były drobne zmiany, przestawione przedmioty, które zdążyły na swoich miejscach odcisnąć ślady bytności, ale w sposób widoczny tylko po bliższym przyjrzeniu się. Ona jednak widziała to wszystko, jakby zostało odznaczone razem z siniakami na jej szyi. Powinna tu posprzątać, ale zwyczajnie nie miała siły. Ani na to patrzeć, ani rzucać zaklęć.
Zarzekał się, że znał Lorettę najlepiej ze wszystkich, ale intuicja podpowiadała jej, że wcale tak nie było. Był facetem - pewnych rzeczy zwyczajnie nie mógł rozumieć, ani nawet ich wiedzieć, a to nieco utrudniało to całe znanie drugiej osoby na wylot. Ale drobna nuta irytacji pobrzękująca w jego tonie nie przeszła niezauważona, bo Ambrosia uśmiechnęła się na jej dźwięk leciutko, może odrobinę pobłażliwie.
- Powiedzmy, że ci wierzę - rzuciła kwaśno, ale zaufaniem w tej kwestii nie zamierzała go obdarzać, głównie dlatego że jakaś jej część uważała Lorettę za szaloną. Musiała taką być, skoro zapracowała na swoja reputację, a przede wszystkim - biorąc pod uwagę fakt jak długo kręciła się dookoła Alexandra. Może patrzyłaby na nią inaczej, gdyby nie zdawała sobie sprawy z tego, jaki Mulciber jest przy niej - i miała tu na myśli siebie. Wiedziała, mimo wszelkich swoich kompleksów i niepewności, że stawiał ją na piedestale. Niedostępnym dla innych kobiet, a kiedy mówił, że była wyjątkowa - cholera, wierzył w to całym sercem. Dlatego Loretta dostawała resztki. Produkt uboczny tego, jak Axel odnosił się do McKinnon - wszystkie jego najpodlejsze fragmenty. I nawet jeśli Ambrosia uważała, że nie było czego zazdrościć pannie Lestrange, to na swoje nieszczęście i tak to robiła. Bo chciała, żeby Alexander był cały jej. Tylko jej. Chciała wziąć wszystko co go męczyło, co uważał w sobie złe i niegodne dla niej i pokazać mu, że nie przeszkadza jej to. Że jest w stanie mu pomóc się z tym uporać. Że zawsze będzie przy nim.
- Każesz mi zapomnieć? Oh, Lou, jesteś zbyt łaskawy - zaszczebiotała tym wyuczonym, specjalnie niedoszlifowanym głosem, żeby go odrobinkę wyśmiać. - Gdybym była tobą zadbałabym o to, żeby taka dziewczyna pamiętała wszystko - uśmiechnęła się do niego w dziwny, nieopisany sposób, zerkając spod wachlarza rzęs to na swoją dłoń, po której wspinało się jego zimno, to na jego twarz. Wyraz jej twarzy pozostał taki sam, kiedy zadał kolejne pytanie, zmieniając tylko odrobinę kontekst na nieco bardziej tajemniczy, jakby bez słów mówiła, że nie chciała mu zdradzać wszystkich sekretów. Prawda jednak była taka, że nie była pewna o co mu chodziło, ale nie zamierzała mu odbierać tej ekscytacji.
Ale wspomnienie limbo, nawet jeśli nie wywoływało w niej paniki jak kiedyś, wciąż wprowadzało w nią pewne napięcie. Nigdy nie mogła się z tego śmiać czy żartować, jakby nieodpowiednie słowa miały je przywołać w najgorszej możliwej postaci.
Na jego ostatnie słowa pokiwała głową z pewną przekorną rezerwą wymalowaną na twarzy, jakby faktycznie musiała się nad tym wszystkim zastanowić. Tak, jakby nie podjęła już decyzji. Ale kiedy Louvain zwrócił się jeszcze do szmalcownika, w spojrzeniu zielonych oczu wykwitło zaciekawienie, które szybko jednak zniknęło, ustępując miejsca zdegustowaniu. Tym samym, którym obdarzała często Alexandra, kiedy był się na jej oczach. W przypadku Lestrange'a jednak, nie kryła się pod tym satysfakcja i wzbierająca ekscytacja. Wywróciła jeszcze oczami, kiedy mrugnął do niej, odwracając się kiedy teleportował się z pokiereszowanym mężczyzną, samej wracając do swoich spraw.
Może to jego zimno wywołało na niej nieco większe wrażenie, gdyby było dla niej całkowicie nowe. Ale Louvain nie był pierwszym mężczyzną, który podzielił się z nią tą tajemnicą, bo miała już okazję dotknąć kogoś innego i pobawić się odrobinę jego energią. Może dlatego, tak samo i przez to że było to właśnie Lestrange, nie była aż taka chętna by ciągnąć go za język, bo zbytnia natarczywość wydawała się jej tutaj niewłaściwa. Jakby miała oznaczać przegranie jakiejś potyczki, której nawet nie toczyli.
Zacisnęła wargi, widząc jak śmieci jej na podłogę, bo ją to w pewien sposób drażniło bardziej jak zwykle. W Ataraxii i tak panował aktualnie nieporządek; kanapa była wciąż przesunięta, kula strzaskana, a gdzieś pod ścianą leżał świecznik, którym rzucał wczorajszego dnia Hades. Były drobne zmiany, przestawione przedmioty, które zdążyły na swoich miejscach odcisnąć ślady bytności, ale w sposób widoczny tylko po bliższym przyjrzeniu się. Ona jednak widziała to wszystko, jakby zostało odznaczone razem z siniakami na jej szyi. Powinna tu posprzątać, ale zwyczajnie nie miała siły. Ani na to patrzeć, ani rzucać zaklęć.
Zarzekał się, że znał Lorettę najlepiej ze wszystkich, ale intuicja podpowiadała jej, że wcale tak nie było. Był facetem - pewnych rzeczy zwyczajnie nie mógł rozumieć, ani nawet ich wiedzieć, a to nieco utrudniało to całe znanie drugiej osoby na wylot. Ale drobna nuta irytacji pobrzękująca w jego tonie nie przeszła niezauważona, bo Ambrosia uśmiechnęła się na jej dźwięk leciutko, może odrobinę pobłażliwie.
- Powiedzmy, że ci wierzę - rzuciła kwaśno, ale zaufaniem w tej kwestii nie zamierzała go obdarzać, głównie dlatego że jakaś jej część uważała Lorettę za szaloną. Musiała taką być, skoro zapracowała na swoja reputację, a przede wszystkim - biorąc pod uwagę fakt jak długo kręciła się dookoła Alexandra. Może patrzyłaby na nią inaczej, gdyby nie zdawała sobie sprawy z tego, jaki Mulciber jest przy niej - i miała tu na myśli siebie. Wiedziała, mimo wszelkich swoich kompleksów i niepewności, że stawiał ją na piedestale. Niedostępnym dla innych kobiet, a kiedy mówił, że była wyjątkowa - cholera, wierzył w to całym sercem. Dlatego Loretta dostawała resztki. Produkt uboczny tego, jak Axel odnosił się do McKinnon - wszystkie jego najpodlejsze fragmenty. I nawet jeśli Ambrosia uważała, że nie było czego zazdrościć pannie Lestrange, to na swoje nieszczęście i tak to robiła. Bo chciała, żeby Alexander był cały jej. Tylko jej. Chciała wziąć wszystko co go męczyło, co uważał w sobie złe i niegodne dla niej i pokazać mu, że nie przeszkadza jej to. Że jest w stanie mu pomóc się z tym uporać. Że zawsze będzie przy nim.
- Każesz mi zapomnieć? Oh, Lou, jesteś zbyt łaskawy - zaszczebiotała tym wyuczonym, specjalnie niedoszlifowanym głosem, żeby go odrobinkę wyśmiać. - Gdybym była tobą zadbałabym o to, żeby taka dziewczyna pamiętała wszystko - uśmiechnęła się do niego w dziwny, nieopisany sposób, zerkając spod wachlarza rzęs to na swoją dłoń, po której wspinało się jego zimno, to na jego twarz. Wyraz jej twarzy pozostał taki sam, kiedy zadał kolejne pytanie, zmieniając tylko odrobinę kontekst na nieco bardziej tajemniczy, jakby bez słów mówiła, że nie chciała mu zdradzać wszystkich sekretów. Prawda jednak była taka, że nie była pewna o co mu chodziło, ale nie zamierzała mu odbierać tej ekscytacji.
Ale wspomnienie limbo, nawet jeśli nie wywoływało w niej paniki jak kiedyś, wciąż wprowadzało w nią pewne napięcie. Nigdy nie mogła się z tego śmiać czy żartować, jakby nieodpowiednie słowa miały je przywołać w najgorszej możliwej postaci.
Na jego ostatnie słowa pokiwała głową z pewną przekorną rezerwą wymalowaną na twarzy, jakby faktycznie musiała się nad tym wszystkim zastanowić. Tak, jakby nie podjęła już decyzji. Ale kiedy Louvain zwrócił się jeszcze do szmalcownika, w spojrzeniu zielonych oczu wykwitło zaciekawienie, które szybko jednak zniknęło, ustępując miejsca zdegustowaniu. Tym samym, którym obdarzała często Alexandra, kiedy był się na jej oczach. W przypadku Lestrange'a jednak, nie kryła się pod tym satysfakcja i wzbierająca ekscytacja. Wywróciła jeszcze oczami, kiedy mrugnął do niej, odwracając się kiedy teleportował się z pokiereszowanym mężczyzną, samej wracając do swoich spraw.
Koniec sesji
she was a gentle
sort of horror
sort of horror