28.03.2024, 17:54 ✶
Crow mimo kilku zgrzytów wynikających z tego jak bardzo się wczoraj zeszmacił, wszedł w swoją rolę niemal idealnie. Wyglądał na naprawdę pewnego siebie niemal non stop, a teraz kiedy odchylił się do tyłu na krześle, sprawiał wrażenie kogoś wierzącego we własną bezkarność i siłę. Chciałby pomyśleć, że działała tak na niego obecność Laurenta - przybranie maski z przeszłości wydawało się przecież tak oczywistą solucją na pojawienie się w jego życiu kogoś, kto widział go tylko takim. Ale to była przecież ułuda. Przebłyski dawnych czasów wracały do niego już od maja, przebijały twardą skorupę, jaką próbował zbudować wokół siebie przez ostatnie lata i zmuszały do przerażającego przemyślenia, że... może to nie była tylko gra, może Crow nie był kostiumem, a nawet jeżeli nim był, to może był częścią niego. Oddałby tak wiele, aby rozdzielić wszystkie persony, jakie przybrał na przestrzeni swojego życia, ale to nie było możliwe. Nie bał się tego psa, bo The Edge spędzał czas wśród zwierząt tresowanych przez Fiery. Nie bał się Laurenta, bo Crow widział go w jednym z najgorszych momentów jego parszywego życia. Nie bał się też tego co mówił, bo Flynn dobrze wiedział, jak to jest zostać dogłębnie skrzywdzonym zbyt wcześnie, tak wcześnie, aby to pozostawiło permanentny odcisk na twojej duszy. I wiedział też, jak to jest ten fakt zaakceptować, bo przecież wcale nie miał Fontaine za złe tego, że wyrwała go jako dzieciaka z objęć ludzi, którzy o niego dbali, tylko że przestała go kochać kiedy już był dorosły. Fleamont, to małe dziecko, jakie w nim żyło rozumiało, że ludzie mieli o wiele gorsze i bardziej niszczące ich sekrety, ale trzymali je głęboko w najczarniejszych czeluściach swojej psychiki. To po takie rzeczy nie powinien sięgać, a nie wstrzymywać się przed komentowaniem tego, co Laurent robił teraz lub wtedy. Był tu, był nazywany Crowem, czuł się Crowem, grał Crowa, ale czego by nie zrobił, oni nigdy nie byli odrębnymi postaciami - korzystali ze swojej wiedzy i umiejętności, uczyli się od siebie nawzajem, budowali jego. Tylko nie za bardzo wiedział, kim ten on był.
Jedynym co wiedział, czego był całkowicie pewnym... to że to wszystko było cholernie realne. Chciał mieć go teraz dla siebie tak bardzo, żeby aż zwątpił we własne decyzje, we własny kompas moralny - bo wczoraj mógł mieć go na tej cholernej plaży, z perspektywy dzisiejszego dnia może nawet nie miałby aż takiego poczucia winy, bo Prewett zachowywał się tak, jakby dzisiaj był w stanie mu za to podziękować. Niby tego nie chciał, bo nie chciał być potworem, a jednak pozwalał temu w sobie żyć. Czemu, do cholery, czemu?!
- Pomijając to, że nie tknę tego palcem, to - brzmiał nieco inaczej, jakby głos mu ochrypł, ale był to efekt tylko i wyłącznie podniecenia - kurwy takie jak ty sprawiają, że zdarza mi się zatęsknić za Ścieżkami. - Oczywiście - to brzmiało, jakby mu ujmował, ale wcale tego nie robił - to było jedno z najszczerszych wyznań, jakie mógł mu ofiarować, zwieńczone przejechaniem dłońmi po tych zabójczo długich nogach. To był komplement. - Jesteś pierdolonym dziełem sztuki. - Dziełem sztuki, jakie chciał skonsumować o wiele bardziej niż jakieś durne, przyziemne rzeczy. To nie był jego czas i miejsce na bycie normalnym. - Daj sobie z tym spokój - ewentualnie traf w jego gusta trochę bardziej - fakty były takie, że gdyby na stole leżała paczka najtańszych ciastek, prawdopodobnie poczęstowałby się nimi bez pytania o jakąkolwiek zgodę, ale przecież nie mógł tego wiedzieć, tak jak i miliona innych rzeczy, które czyniły go bardziej człowiekiem, a mniej fantazją nawiedzającą go w snach. - Jeżeli masz jakiś fetysz opieki, to dobrze wiesz, czym możesz mnie nakarmić. - Sobą. Odchylił się do tyłu, unosząc biodra ku górze, kiedy przejechał mu po kroczu stopą. Wydawało mu się, że jeżeli po wszystkich słowach, jakie tu padły, Prewett nie zdecydował się ostatecznie, to już tego nie zrobi. Przed padnięciem na kolana na deski tego tarasu zadał już tylko jedno pytanie. Zmęczonym głosem, ale wciąż zdecydowanym. - Żałujesz tego, że nie odpłyniesz ze mną na haju, czy tego, że wczoraj przestałem, bo powiedziałeś „nie”?
Jedynym co wiedział, czego był całkowicie pewnym... to że to wszystko było cholernie realne. Chciał mieć go teraz dla siebie tak bardzo, żeby aż zwątpił we własne decyzje, we własny kompas moralny - bo wczoraj mógł mieć go na tej cholernej plaży, z perspektywy dzisiejszego dnia może nawet nie miałby aż takiego poczucia winy, bo Prewett zachowywał się tak, jakby dzisiaj był w stanie mu za to podziękować. Niby tego nie chciał, bo nie chciał być potworem, a jednak pozwalał temu w sobie żyć. Czemu, do cholery, czemu?!
- Pomijając to, że nie tknę tego palcem, to - brzmiał nieco inaczej, jakby głos mu ochrypł, ale był to efekt tylko i wyłącznie podniecenia - kurwy takie jak ty sprawiają, że zdarza mi się zatęsknić za Ścieżkami. - Oczywiście - to brzmiało, jakby mu ujmował, ale wcale tego nie robił - to było jedno z najszczerszych wyznań, jakie mógł mu ofiarować, zwieńczone przejechaniem dłońmi po tych zabójczo długich nogach. To był komplement. - Jesteś pierdolonym dziełem sztuki. - Dziełem sztuki, jakie chciał skonsumować o wiele bardziej niż jakieś durne, przyziemne rzeczy. To nie był jego czas i miejsce na bycie normalnym. - Daj sobie z tym spokój - ewentualnie traf w jego gusta trochę bardziej - fakty były takie, że gdyby na stole leżała paczka najtańszych ciastek, prawdopodobnie poczęstowałby się nimi bez pytania o jakąkolwiek zgodę, ale przecież nie mógł tego wiedzieć, tak jak i miliona innych rzeczy, które czyniły go bardziej człowiekiem, a mniej fantazją nawiedzającą go w snach. - Jeżeli masz jakiś fetysz opieki, to dobrze wiesz, czym możesz mnie nakarmić. - Sobą. Odchylił się do tyłu, unosząc biodra ku górze, kiedy przejechał mu po kroczu stopą. Wydawało mu się, że jeżeli po wszystkich słowach, jakie tu padły, Prewett nie zdecydował się ostatecznie, to już tego nie zrobi. Przed padnięciem na kolana na deski tego tarasu zadał już tylko jedno pytanie. Zmęczonym głosem, ale wciąż zdecydowanym. - Żałujesz tego, że nie odpłyniesz ze mną na haju, czy tego, że wczoraj przestałem, bo powiedziałeś „nie”?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.