28.03.2024, 23:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.03.2024, 23:56 przez Anthony Shafiq.)
Jak dotąd nic nie było w stanie zachwiać dobrym nastrojem Anthony'ego Shafiq'a, który jednak ten dobry nastrój eksplorował inaczej niż jego towarzysz. Był zdecydowanie spokojniejszy od niego, trzymał się z boku i choć z błąkającym uśmiechem rozglądał się po okolicy, głównie skupiał się na utrzymywaniu bariery wokół swojego czarnego stroju, który przywdział na okoliczność zwiedzania ruiny, oraz dyskretnym obserwowaniu ekscytacji przyjaciela.
Oznaki jego nastroju były subtelniejsze. Nawet nie wywrócił oczyma, choć rzeczywiście, gdy Morpheus o tym wspomniał, to ten gest powinien się pojawić. Podobnie jak nie narzekał na brud i zapach. Podobnie jak nie zaistniały karcące spojrzenia w kierunku nadmiernie gadatliwego Isaaca, czy zdegustowane skrzywienie wobec nadmiernie milczącego Neila. Podobnie jak nie wybrzmiała szybka korekta, że Lisa nie jest jego sekretarką tylko asystentką, z ewentualną adnotacją dotyczącą tego, że młodzika ten los nigdy nie będzie czekał, jeśli nie nauczy się podstaw ogłady. Tego wszystkiego nie było, w przeciwieństwie do ściany za drzwiami.
Czubek cisowej różdżki lśnił białym, mlecznym lumosem, gdy szczupły mężczyzna podszedł ze ściągniętymi brwiami do tej przeszkody.
– Jeśli była to celowa praca, to bardzo niechlujna musisz przyznać... – Zdecydowanie, nie był to ładny, równy murek. Krytycyzm zalśnił w srebrzystych oczach polityka, z wewnętrznej kieszeni eleganckiego fraku wyciągnął płynnym, wystudiowanym ruchem złożone w harmonijkę plany, które tego ranka oglądali wspólnie przy śniadaniu.
– Tu.. powinien być pokój, nie rozumiem o co chodzi, właściciel zaręczał mi, że nikt nie miał dostępu do wnętrza, choć... cóż, spoglądając na poziom zabezpieczeń zaczynam zastanawiać się, czy nie były to jego pobożne życzenia. – o proszę, kawałek starego dobrego Anthony'ego, gderającego na wszystko, jeśli ktokolwiek zatęsknił – Isaacu, zechcesz sprawdzić organoleptycznie, czy nic nie dyszy przez te kamienie? Jeszcze się okaże, że jacyś wandale zamurowali tu kogoś w ramach vendetty gangów. – polecił odsuwając się od ścianki z niechęcią.
Tymczasem sprawdzenie tego słuchem mogło być problematyczne, ponieważ wpadający do środka przez dziury w oknach wiatr to głośniej to ciszej dął i świszcząc złowieszczo, przywodząc na myśl zawodzące potępione dusze.
Oznaki jego nastroju były subtelniejsze. Nawet nie wywrócił oczyma, choć rzeczywiście, gdy Morpheus o tym wspomniał, to ten gest powinien się pojawić. Podobnie jak nie narzekał na brud i zapach. Podobnie jak nie zaistniały karcące spojrzenia w kierunku nadmiernie gadatliwego Isaaca, czy zdegustowane skrzywienie wobec nadmiernie milczącego Neila. Podobnie jak nie wybrzmiała szybka korekta, że Lisa nie jest jego sekretarką tylko asystentką, z ewentualną adnotacją dotyczącą tego, że młodzika ten los nigdy nie będzie czekał, jeśli nie nauczy się podstaw ogłady. Tego wszystkiego nie było, w przeciwieństwie do ściany za drzwiami.
Czubek cisowej różdżki lśnił białym, mlecznym lumosem, gdy szczupły mężczyzna podszedł ze ściągniętymi brwiami do tej przeszkody.
– Jeśli była to celowa praca, to bardzo niechlujna musisz przyznać... – Zdecydowanie, nie był to ładny, równy murek. Krytycyzm zalśnił w srebrzystych oczach polityka, z wewnętrznej kieszeni eleganckiego fraku wyciągnął płynnym, wystudiowanym ruchem złożone w harmonijkę plany, które tego ranka oglądali wspólnie przy śniadaniu.
– Tu.. powinien być pokój, nie rozumiem o co chodzi, właściciel zaręczał mi, że nikt nie miał dostępu do wnętrza, choć... cóż, spoglądając na poziom zabezpieczeń zaczynam zastanawiać się, czy nie były to jego pobożne życzenia. – o proszę, kawałek starego dobrego Anthony'ego, gderającego na wszystko, jeśli ktokolwiek zatęsknił – Isaacu, zechcesz sprawdzić organoleptycznie, czy nic nie dyszy przez te kamienie? Jeszcze się okaże, że jacyś wandale zamurowali tu kogoś w ramach vendetty gangów. – polecił odsuwając się od ścianki z niechęcią.
Tymczasem sprawdzenie tego słuchem mogło być problematyczne, ponieważ wpadający do środka przez dziury w oknach wiatr to głośniej to ciszej dął i świszcząc złowieszczo, przywodząc na myśl zawodzące potępione dusze.