Cóż mogła poradzić na to Geraldine? W końcu były spokrewnione, nie zamierzała dać zapomnieć Reginie o tym, że w jej żyłach płynie również krew jej rodziny. Miała świadomość, że kuzynka nie do końca akceptowała to, w jaki sposób zarabiają na życie, średnio ją to jednak interesowało.
- Ujęłabym to trochę inaczej. Mamy talent do radzenia sobie ze zwierzętami, które sprawiają kłopot ludziom, pomagamy bezbronnym, a że zyskujemy dzięki temu składniki, które można sprzedać? Wspaniały dodatek.- Oczywiście praca Gerry nie wiązała się tylko i wyłącznie z łapaniem stworzeń, które powodowały szkody wśród czarodziejów, lubiła się jednak wybielać. Najważniejsze w tym wszystkim były pieniądze, a niektórzy byli skłonni zapłacić naprawdę wiele za unikatowe składniki zwierzęce.
- Nie wiem, jak mogłaś, co za strata, będę o tym myśleć przez najbliższy tydzień, złamałaś mi serce...- Jakoś nigdy specjalnie nie angażowała się w utrzymywanie relacji z kuzynką. Miała świadomość, że ich światopogląd dosyć mocno się różni, nie zależało jej więc jakoś specjalnie na tej relacji.
- Rodzinne? Mam nadzieję, że to nic złego.- W tym momencie w jej słowach nie było żadnych ukrytych podtekstów. Yaxley nie życzyła nikomu źle, a miała świadomość, że czasy w których przyszło im żyć były dość niebezpieczne.
Dostrzegła smoczognika który postanowił wyłonić się zza kołnierza Reginy, na jej twarzy pojawił się uśmiech. Miała mały sentyment do tych stworzeń, choć nie dorównywały w najmniejszym calu smokom, które najbardziej ją interesowały. - Nie mam kominka niestety.- Wzruszyła ramionami. - Ale tak, upolowałam ostatnio wspaniałą kelpię, walka nie należała do najłatwiejszych, ale nie miała ze mną szans.- Rzekła z dumą. Sięgnęła do kieszeni, z której wyciągnęła paczkę papierosów, odpaliła jednego i zaciągnęła się dymem.