29.03.2024, 05:23 ✶
Westchnęła, wywracając na blondynkę oczami, chyba tylko dla samej zasady, bo przecież Lorraine miała rację. Miała coś takiego z przybłędami, że zatrzymywały się przy niej na dłużej. A nawet taka jedna właśnie na nią nieznośnie miauczała, naśladując siedzącego na blaszanym dachu sierściucha, uśmiechając się przy tym słodko. Rosie jednak nie powiedziała nic, bo gdzieś pod warstewką zrezygnowania, czaiło się zwyczajne rozbawienie - ale ono absolutnie nie pomogłoby w odciągnięciu Malfoy od misji, którą sobie właśnie obrała.
Bo nawet jeśli kotek miauczał, całkiem donośnie i rozpaczliwie (chociaż tak w sumie to McKinnon miała wrażenie, że się z nich zwyczajnie tam naśmiewał - podobny był trochę do Sauriela, to kto wie), to niekoniecznie podzielała dla niego współczucie. Nie jednego sierściucha można było znaleźć na Nokturnie, bo te włóczyły się po ciemnych, zaszczurzonych zaułkach dość chętnie. Jakby chciała kota to już dawno mogła wyjść pod pobliski warzywniak i jakiegoś zabrać.
Rosie bardzo chciała w tym momencie na mądrą i rozsądną i nawet jej się to podobało, że Maeve się z nią w tym jej utyskiwaniu zgodziła, ale prawda była taka, że nie tylko Changówna była tutaj na przegranej pozycji. Bo Lorraine, owinęła sobie dookoła palca obydwie kobiety, jakby to była najbanalniejsza rzecz w jej życiu.
Oburzenie blondynki zbyła znowu wywrócenie na nią oczami, a potem wymownie unosząc brwi, wskazała dłońmi na Chang, kiedy ta postanowiła się przyznać do swojego zapominalstwa i tego, że niekoniecznie ten syropek na alergię łykała.
- Wiesz, co ja sobie tak myślę? - zapytała, spoglądając na Maeve, uderzając pięścią w otwartą dłoń. - Nie wiem jak was, ale nas na tej transmutacji w szkole uczyli zmieniać szczura z puchar, może by tak tego kota, no wiesz? Pyk pyk, szast prast i w ogóle - zaproponowała, ale jeśli któraś z nich sądziła, ze zaraz złapie za różdżkę i sama zabierze się do roboty, to mogły się grubo przeliczyć, bo z transmutacji to akurat była absurdalnie tragiczna. Nie raz, nie dwa, Otto kończył z wampirzymi kłami do kolan i prawdę powiedziawszy, to McKinnon nie wiedziała czemu jeszcze prosił ją o pomoc w tym temacie.
Bo nawet jeśli kotek miauczał, całkiem donośnie i rozpaczliwie (chociaż tak w sumie to McKinnon miała wrażenie, że się z nich zwyczajnie tam naśmiewał - podobny był trochę do Sauriela, to kto wie), to niekoniecznie podzielała dla niego współczucie. Nie jednego sierściucha można było znaleźć na Nokturnie, bo te włóczyły się po ciemnych, zaszczurzonych zaułkach dość chętnie. Jakby chciała kota to już dawno mogła wyjść pod pobliski warzywniak i jakiegoś zabrać.
Rosie bardzo chciała w tym momencie na mądrą i rozsądną i nawet jej się to podobało, że Maeve się z nią w tym jej utyskiwaniu zgodziła, ale prawda była taka, że nie tylko Changówna była tutaj na przegranej pozycji. Bo Lorraine, owinęła sobie dookoła palca obydwie kobiety, jakby to była najbanalniejsza rzecz w jej życiu.
Oburzenie blondynki zbyła znowu wywrócenie na nią oczami, a potem wymownie unosząc brwi, wskazała dłońmi na Chang, kiedy ta postanowiła się przyznać do swojego zapominalstwa i tego, że niekoniecznie ten syropek na alergię łykała.
- Wiesz, co ja sobie tak myślę? - zapytała, spoglądając na Maeve, uderzając pięścią w otwartą dłoń. - Nie wiem jak was, ale nas na tej transmutacji w szkole uczyli zmieniać szczura z puchar, może by tak tego kota, no wiesz? Pyk pyk, szast prast i w ogóle - zaproponowała, ale jeśli któraś z nich sądziła, ze zaraz złapie za różdżkę i sama zabierze się do roboty, to mogły się grubo przeliczyć, bo z transmutacji to akurat była absurdalnie tragiczna. Nie raz, nie dwa, Otto kończył z wampirzymi kłami do kolan i prawdę powiedziawszy, to McKinnon nie wiedziała czemu jeszcze prosił ją o pomoc w tym temacie.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror