29.03.2024, 22:03 ✶
Faktycznie, to ona była starsza i powinna być rozsądniejsza, ale to tez nie było tak, że w każdym przypadku musiała być rozsądniejsza. Stało się. Działo się. I będzie tak dalej. Nie mogła łamać się, dlatego że coś było poza jej zasięgiem, że nie była w stanie czegoś w sobie kontrolować. I na dobrą sprawę, te moje myśli, te głębokie analizy o psychice Geraldine, zakrawały o niezły żart. Suchy, mało zabawny żart, bo sam miałem z tym problem. Z tym całym wampiryzmem. Nie znosiłem tego w sobie, czułem się wciąż gorszy, wciąż chory i słaby, otumaniony i zdecydowanie pozbawiony rozsądku, kiedy piłem krew. Odwalało mi wtedy kompletnie, choć starałem się nad tym pracować. To wcale proste nie było, gdy się chciało więcej życia w sobie, będąc jednocześnie martwym.
- Słuchaj, ja wcale nie jestem panem i władcą rozsądku. Żadnym nawet guru... - przyznałem się jej. Pogładziłem jej plecy jedną z dłoni by zrobiło jej się przytulniej, bezpieczniej, o ile jakiemukolwiek Yaxleyowi mogłoby być komfortowo w pobliżu bestii. - Możemy się umówić tak, że raz ty, raz ja. Po prostu będziemy się wymieniać z tym byciem rozsądniejszym, bo to też spora odpowiedzialność... Ja nie chciałbym non stop tego dźwigać na swoich barkach! - zauważyłem do niej nieco lżejszym tonem, nawet podchodzącym pod lekki żart. To był drobny żart, który miał rozluźnić atmosferę, taki dar, szczypta dawnego Astarotha, rozbawionego i rozchichotanego, za nic mającego sobie jakieś przepisy i procedury. Założył się i chuj! Leciał jak ten czort przeklęty prosto na talerz wąpierza.
A tej słabości Melvyna postanowiłem nie komentować. Sam byłem uzależniony i to było coś, co było silniejsze ode mnie, najpewniej również silniejsze niż miłość do rodzonej, starszej siostry. Wtedy przegrałaby kolejną potyczkę, walkę o serce chłopca - tym razem brata.
- Wiem, że się kumplujecie, ale... Wiesz, Ger... Kumplujecie się od tak dawna. Zapewne znacie się jak łyse konie... - zauważyłem, próbując bawić się w swatkę? Ewidentnie kiepsko mi to szło, skoro Geraldine nie podchwyciła tematu. Z tego, co tam niedawno było w pisemkach, to nawet chodliwy towar był na rynku i wciąż o statusie kawalera.
- Słuchaj, ja wcale nie jestem panem i władcą rozsądku. Żadnym nawet guru... - przyznałem się jej. Pogładziłem jej plecy jedną z dłoni by zrobiło jej się przytulniej, bezpieczniej, o ile jakiemukolwiek Yaxleyowi mogłoby być komfortowo w pobliżu bestii. - Możemy się umówić tak, że raz ty, raz ja. Po prostu będziemy się wymieniać z tym byciem rozsądniejszym, bo to też spora odpowiedzialność... Ja nie chciałbym non stop tego dźwigać na swoich barkach! - zauważyłem do niej nieco lżejszym tonem, nawet podchodzącym pod lekki żart. To był drobny żart, który miał rozluźnić atmosferę, taki dar, szczypta dawnego Astarotha, rozbawionego i rozchichotanego, za nic mającego sobie jakieś przepisy i procedury. Założył się i chuj! Leciał jak ten czort przeklęty prosto na talerz wąpierza.
A tej słabości Melvyna postanowiłem nie komentować. Sam byłem uzależniony i to było coś, co było silniejsze ode mnie, najpewniej również silniejsze niż miłość do rodzonej, starszej siostry. Wtedy przegrałaby kolejną potyczkę, walkę o serce chłopca - tym razem brata.
- Wiem, że się kumplujecie, ale... Wiesz, Ger... Kumplujecie się od tak dawna. Zapewne znacie się jak łyse konie... - zauważyłem, próbując bawić się w swatkę? Ewidentnie kiepsko mi to szło, skoro Geraldine nie podchwyciła tematu. Z tego, co tam niedawno było w pisemkach, to nawet chodliwy towar był na rynku i wciąż o statusie kawalera.