• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself

[04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#9
30.03.2024, 03:23  ✶  
Co widzisz w naszej przyszłości? Pytała go za każdym razem z pewną rezerwą. Może odrobiną nieśmiałości, bo to konkretne pytanie podszyte było drugim, którego nigdy nie wypowiadała przy nim głośno. Czy widzisz to samo co ja? Chociaż może powinna się go pytać, czy widział to, co było im przepowiedziane. To, o czym wyszeptały jej na ucho ich matki, a czego sama nigdy nie była wystarczająco pewna. Nie wiedziała, czy kobiety mówiły prawdę, czy przemawiało przez nie szaleństwo, czy może wiedzione były zwyczajną, matczyną troską i intuicją. Dlatego bardzo chciała usłyszeć od niego coś, co potwierdzałoby słowa, których on nigdy nie usłyszał.

Nadążasz, McKinnon?

Ale nie odpowiadała mu na to pytanie. Nadążała, a przynajmniej robiła to do momentu, gdy składane na jej szyi pocałunki nie rozproszyły jej do reszty, zmuszając ją do skupienia się na czymś zupełnie innym, niż analizowanie wypowiedzianych przez niego zagadek.

Zmarszczyła brwi, kiedy zaczął cedzić w jej stronę słowa, z wyraźnym niezadowoleniem przyjmując to, co miał jej do powiedzenia. Ale sama zacisnęła tylko zęby, połykając odpowiedź, która cisnęła się jej na usta, bo chciała wykrzyczeć mu prosto w twarz jedną rzecz, która snuła się za nią od marca. Gdybyś mnie chciał, to nie ożeniłbyś się z Lorettą. Była w niej gorycz, z którą nie była w stanie sobie jednoznacznie poradzić, pomimo tego że od ich wiosennej rozmowy minęło już tyle czasu. I nie chodziło tu nawet o to, że Alexander powinien zamiast Lestrange, poślubić ją. Nie - ona nie wymagała od niego powtarzania tej propozycji. Ale przysięga złozona przez niego Lorettcie ciążyła jej niemiłosiernie, a fakt że nie była usankcjonowana przez urząd, a przeprowadzona w romskim obrządku, tym bardziej ją krzywdził. Lestrange nie kochała Francji; nie tej, w której właśnie była z Alexandrem. Cygańskie szlaki, prowadzone przez bezdroża, były jej zupełnie obce, tak samo jak i twarze, które można było znaleźć w odwiedzanym przez nich taborze. Nie znała ich zwyczajów, nie znała ich baśni i obrządków. Loretta była tu obca, a mimo tego w jakiś sposób zasłużyła na traktowanie, które powinno należeć się Ambrosii.

Chciała chyba, żeby Alexander dalej myślał, że to tylko sen, albo jakieś jego zwidy. Tak byłoby łatwiej. Dla niego. Dla niej. Oj, przede wszystkim dla niej. Mogłaby się odwrócić i odejść. Zniknąć z pola jego widzenia, tak jak zrobiłaby to pewnie jakaś przywołana przez niego zjawa. Zamiast tego jednak musiała tkwić w miejscu, patrzeć mu w twarz i czuć na siebie jego dotyk, który teraz palił niemiłosiernie.

Nawet nie próbowała ukryć przed nim tego, co się z nią działo, bo zwyczajnie nie była w stanie. Wiedziała, że był w stanie połapać się w jej pustym spojrzeniu i lalkowym zachowaniu, ale jakaś jej część, dokładnie ta sama które wymusiła na niej tę reakcję, uważała że było to jedyne rozsądne wyjście z tej całej sytuacji. Szczególnie, kiedy nagle czuła się tak strasznie zmęczona, jakby cały ciężar sytuacji w jednym momencie położył się jej na barkach.

Nie waż się wmawiać mi dalej, że to tylko sen. Zabrzmiało przed nią, a ona tylko skuliła się jakby, wciskając głowę w ramiona. To co powiedział chwilę wcześniej, obijało się echem gdzieś za pustymi oczami, które wpatrywały się w niego obojętnie. Miała trochę wrażenie, że już tam była. W Limbo. Że cała ta sytuacja była tylko wypaczoną wersją rzeczywistości i jeśli tylko się obudzi, albo przeczeka moment wizji, to wszystko wróci do normy. Alexander wciąż będzie na nią patrzył takim samym, mętnym spojrzeniem, bełkocząc dedykowane dla zjawy frazesy, a ona będzie mogła zapewniać dalej o tym, że wszystko będzie dobrze.

Wzdrygnęła się mimowolnie, kiedy poczuła jego dotyk, chcący pozbyć się łez z jej policzków. Był to odruch, ledwo zauważalny, ale mimo tego poczuła się jeszcze gorzej. Jakby tą drobnostką sprzeniewierzała się mu, im, jeszcze bardziej. Usiadła obok niego na kamieniu, z pewną odległą ulgą przyjmując to, jak otoczył ją ramieniem.

Obydwoje byli teraz upiorni. Spokojni i przekonani o swojej słuszności. Rosie pokręciła głową, słysząc jego deklarację, w ten prosty sposób dając mu do zrozumienia, że absolutnie nie zgadza się z tym co właśnie mówił. Bo dla niej to były zwykłe głupoty, które w pewnym momencie z jakiegoś powodu wbił sobie do głowy, zatruwając nimi wszystko, co robił.

- Nie jestem jakąś głupią owieczką ofiarną, którą można oszczędzić. - powiedziała sucho, głowę delikatnie przekręcając w jego stronę, ale pozbawione wyrazu spojrzenie spoglądało na zieleniejącą się dookoła nich trawę. - Byłoby lepsze. - co do tego nie miała nigdy wątpliwości. Wiedziała, jak bardzo męczyła się bez niego, szukając szczęścia przy innych ludziach, ale nawet jeśli znajdowała u nich pewien satysfakcjonujący substytut, to wciąż była to tylko namiastka. Dla niej niewystarczająca. Czuła się zwyczajnie pusta i kiedy o tym myślała, tak było już od lat. I tej pustki nie była w stanie zapełnić w trwały sposób, nie ważne co robiła. - Nie mów mi, czego bym chciała, a czego nie - syknęła w jego stronę, przymykając na moment oczy i czując, jak wzbiera w niej wściekłość. Alexander posiadał bardzo denerwującą umiejętność mówienia nieodpowiednich rzeczy w niewłaściwym czasie, z nagminną wręcz punktualnością. - Niczego mi nie oszczędziłeś. Sobie z resztą też. Zachowujesz się tak, jakby przez ostatnie siedem lat w ogóle o tym wszystkim nie wiedziała. O gorzale, o kartach. O heroinie. Możesz mnie uważać za to za skończoną idiotkę, proszę bardzo, ale mimo tego zawsze otwierałam te cholerne drzwi, prawda? - cedziła słowa, ale brzmiały one sztywno tylko dlatego, że wypluwała je przez zaciśnięte zęby, co pobrzękiwało w dziwaczny, pokrętny sposób i z pełnym dysonansem, kiedy w gruncie rzeczy jej głos był monotonny. - Tylko dlatego, że TY czujesz się z tym źle, nie znaczy że ja nienawidziłabym cię za to tak samo. - bo Ambrosia odnosiła wrażenie, że w tym wszystkim nie chodziło tak naprawdę o to, co ona o nim myślała, lub myśleć mogła. Nie. Wszystko rozbijało się o to, co Alexander myślał sam o sobie i najwyraźniej były to same najgorsze rzeczy.

Za każdym razem, kiedy wracał do Anglii, do niej, czuła jak napełnia ją jakaś nowa siła. Czuła się jakby przychodziła wiosna, a ona mogła wreszcie przebudzić się z zimowego snu i poczuć, że życie ma jakikolwiek smak. Kochała go do bólu - w pełnym, jak najbardziej dotkliwym tego słowa znaczeniu. Ale jej miłość nie była w stanie równać się z tym, jak bardzo Mulciber nienawidził samego siebie i tego, co ze sobą przez te wszystkie lata zrobił. A ona? Ona się tym wszystkim w pewien sposób obwiniała, bo gdyby tylko szybciej pozbierała się te siedem lat temu, może mieliby lepsze życie.

I wiedziała też, że gdyby wreszcie udałoby się jej Alexandra przy sobie zatrzymać. Jeśli znowu zamieszkaliby razem, dzieli w pełni to życie, to i tak wzdrygałaby się za każdym razem słysząc, jak ten zamyka za sobą drzwi wejściowe. Miała wrażenie, jakby do końca życia miałaby być przerażona wizją, że odejdzie na zawsze.

Nienawidziła tego, że decydował za nią, bo akurat te decyzje - odnośnie tego jakie życie i z kim wiodła, szły mu wręcz koszmarnie. I może dlatego początkowo zwyczajnie nie rozumiała tego, jak zmieniła się ich relacja i była co do niej zwyczajnie podejrzliwa. Bała się, że był to początek nieodwracalnych zmian, po których on odwróci się od niej bezpowrotnie, ale była to tylko kolejna rzecz, której początkowo nie była w stanie zrozumieć. Ale wraz ze świadomością i pewną świeżością, bo przecież znowu zachowywali się jak kiedy byli jeszcze w szkole, nigdy nie było to dla niej w pełni łatwe. Czasem nie myślała o tym zupełnie, ale momentami myśli wracały do tego, co pozostawało poza zasięgiem jej dłoni, a wtedy wyraz twarzy zmieniał się na moment, kiedy uciekała od niego spojrzeniem, zastanawiając się nad tym jak brakuje jej niektórych rzeczy.

Pocałunki byłyby przyjemną odmianą dla tego, co działo się w jej głowie. Miłym dystraktorem od wszystkiego, co teraz przytłaczało ją niepomiernie, ale pewnie gdyby Alex zdobył się na tego typu gest, ona odsunęłaby się, wzdrygając znowu. Była za głęboko w tym, co do tej pory ją bolało i napawało strachem, by tak po prostu wyrwać się z objęć swojej własnej bezpiecznej obojętności.

Spojrzenie zielonych oczu wspięło się po jej własnej ręce, kiedy pochwycił ją za dłoń, przykładając ją do swojej piersi. Czuła jego ciepło, ale też tętniące pod skórą życie. Kiedyś lubiła kłaść mu głowę na piersi i zwyczajnie słuchać rytmu, który wygrywało jego serce, jakby była to najbardziej uspokajająca pod słońcem melodia. I teraz, czując pod opuszkami palców znajomą melodię, mimowolnie zaczęła się w nią wsłuchiwać, a głowa lekko przekrzywiła się przy wydechu, jakby tym drobnym gestem zrzucała z siebie chociaż odrobinę ciężaru, który czuła.

I tym razem, kiedy jego dłoń zbliżyła się do jej twarzy, nie wzdrygnęła się. Przyjęła jego pieszczotę ze spokojem, nawet jeśli spojrzenie utkwione było w ich dłoniach, spoczywających na jego piersi. Ale jego ton wcale jej się nie podobał, bo znała go przecież aż za dobrze. A ona nie chciała, żeby Axel od niej czegoś teraz żądał. W szczególności nie tego, kto zrobił jej krzywdę.

Czuła, jak jego oddech łaskocze ją w twarz, a palce delikatnie przesuwają się po skórze na żuchwie, ale nie ruszyła się. Nie bardzo przynajmniej, bo wciąż tkwiła z dłonią przyciśniętą do jego piersi na wysokości serca, w pewnym momencie zaciskając tylko palce na materiale jego koszuli. A potem podniosła na niego spojrzenie, zaglądając mu prosto w oczy.

Była taka zmęczona i sponiewierana. Wciąż znajdowała się gdzieś w środku samej siebie, ale spojrzenie które mu posłała nie było puste; była w nim jakaś niewypowiedziana skarga, której nie była w stanie się pozbyć, bo w tym jednym momencie, Alexander zabrzmiał dla niej dokładnie tak samo jak Louvain.
- Jestem twoja - przyznała mu rację, a może ostatni raz zapewniła chłodnym głosem. - Ale nie mów tak o mnie. Nie w ten sposób - słowa podbite były stanowczością, ale gdzie niżej czaiła się jakaś dziwna odraza, ewidentnie ani nie spowodowana bezpośrednio przez niego, ani też nie będąca zaadresowana w jego stronę. - Nie jestem ani twoją, ani nikogo innego własnością. Nie jestem rzeczą, którą można dysponować wedle własnego uznania. A to? To nie jest coś, co można naprawić pięściami - odwróciła na moment twarz, kręcąc przy tym głową. - Jest teraz zbyt wiele rzeczy, których nie można tak załatwić... - rzuciła cicho, praktycznie do siebie, ale byli tak blisko, że jej szept bez problemu trafiał do jego uszu. Zaraz jednak znowu na niego spojrzała, tymi swoimi zaczerwienionymi, zmęczonymi oczami, wolną dłonią gładząc go po policzku, aż wreszcie uśmiechnęła się do niego słabo.

- Kochaj mnie, Alexandrze. To jedyne, czego od Ciebie w naszej Francji potrzebuję.


she was a gentle
sort of horror
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (10044), Ambrosia McKinnon (8087)




Wiadomości w tym wątku
[04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 06.01.2024, 04:39
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 24.01.2024, 07:34
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 24.01.2024, 20:18
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 26.02.2024, 00:29
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 27.02.2024, 18:54
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 14.03.2024, 01:32
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 19.03.2024, 00:54
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 19.03.2024, 01:28
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 30.03.2024, 03:23
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 12.05.2024, 22:42
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 16.05.2024, 04:23

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa