Przesunął palcami po rękawie białej koszuli, zatrzymując opuszki przy złotym mankiecie. Ciśnienie rosło, krew pulsowała w żyłach szybciej, pełzało uczucie ciepła po skórze stykającej się z chłodem ścian i podłóg. Ministerstwo Magii było ponurym miejscem. Zakątkiem polityki, w którym cała prawda świata zamykana była w słoikach kłamstwa. Widzisz je w gablotach, oglądach odbite w ludzkich oczach, przyglądasz się krzywym zwierciadłom - fałszywym widziadłom na ścianach, które miały imitować ludziom żyjącym pod ziemią prawdziwy, zielony świat. Niektórzy nie potrzebowali niebieskiego nieba do funkcjonowania. Laurent nie wyobrażał sobie, ja można żyć bez niego. Za głęboko pod ziemią (niżej niż sześć stóp, nawet zmarłych tak nie grzebią), za daleko na linii prawda-fałsz, za mocno zaplątany w konflikt jak węzeł gordyjski. Był tym węzłem nie dlatego, że nie dało się znaleźć rozwiązania, a dlatego, że to ludzie nie pozwalali rozwiązania znaleźć. Dobro i zło było finezyjnie uplecionymi chusteczkami z jedwabiu, którymi podcierali sobie usta królowie i baronowie setki lat temu, a teraz robili to wszyscy wpływowi ludzie. Oto mikstura, którą piłeś, jeśli wkraczałeś do tego magicznego świata intryg i manipulacji. Chcesz, nie chcesz - nie zawsze pytają cię o zdanie. Wlewają w gardło, zmuszają do przełknięcia. A jeśli Los będzie wystarczająco litościwa, to i twoje wargi przetrze dotykiem swoich warg.
Chciał ten mankiet poluźnić. Odpiął też guzik pod szyją. Podróż windą do nieba. Poezja wystukiwała rytm realiów, aż niewiarygodne, że czasami potrafiła być taka dosłowna. Krótka, prosta myśl pozwoliła cicho odetchnąć, złapać to nieświeże, niezdrowe powietrze w płuca przyzwyczajone do morskiej bryzy. Miasta. Nie było nic bardziej strasznego od ludzkich miast, od ich tłoku, od ich gwaru, od betonu i kamienia, który był wszędzie, wszędzie, maniakalne wszędzie! Odetchniesz przy kawałku zieleni w parku, a potem znowu białe chmury przysłonięte są przez kamienice. Mimo to nie potrafiłby z tego miasta zrezygnować. Z ludzi, z kawiarenek, ze spotkań, koncertów i teatrów. Miały swój mały kawałek miejsca, zakamarek, w jego sercu. One po prostu nie mogły zastąpić jego codzienności.
Budka telefoniczna otworzyła się, otworzył ją, wyszedł na zewnątrz. Drugi oddech. Uniósł wzrok ku górze, ale zanim dobrze zdążył pomyśleć, że kolor tego nieba chyba jest inny w Londynie niż na południu dźwięk czyjegoś głosu ściągnął go z tego nieba na ziemię. A konkretniej ściągnął go ciemnym oczom nieznajomego, bo nierozpoznanego w pierwszym momencie, mężczyzny.
- Zgadza się... dzień dobry, czymś... mogę służyć? - Zatrzymał się po dwóch krokach, lekko wybity, nim skupienie przelało się na mężczyznę. Lekko napięte mięśnie od usłyszenia własnego nazwiska - coś nie do pomyślenia ledwo tydzień temu, a teraz spoglądał na Isaaca intensywnie, badając, czy może być zagrożeniem. Jakimkolwiek zagrożeniem. Czy po powitaniu smukłe palce tego mężczyzny sięgną po różdżkę i wymierzą w niego, czy może jednak...
Może jednak nie wszystko musiało być takie kryzysowe, dramatyczne. Nie wszystko musiało być zamalowane czerwienią i czernią. Nie każdy diabeł musiał mieć rogi i nie każdy błyskał kłami. Niektóre miały szaleńczo piękne twarze, ciepłe oczy i miły głos. Niektóre wyciągały na powitanie dłoń i nastawiały każdy neuron w twojej głowie na odpowiedzenie uśmiechem, ujęcie dłoni, zatopienie się w czymś miłym. Milszym niż chwila obecna. To właśnie te diabły były najbardziej niebezpieczne.
Biel cienkiej koszuli, luźnej, z lejącego się materiału, jasny beż spodni, pojedyncze złote dodatki - pierścionek, sygnet rodowy, naszyjnik z kamieniem przypominającym personifikację gwiazdy, drobne kolczyki. Zwiewny strój niekoniecznie był bardzo formalny, ale elegancki, zwiewny. Zamieniał sylwetkę Prewetta w jasną plamę, albo zbyt czystą biel z perłową skórą i platynowymi włosami. Wszystko po to, żeby oczy, w których wydawały się poruszać morskie fale były najbardziej intensywnym punktem, na którym czyjeś oko można było zawiesić. I tak chuda ręka Prewetta została wyciągnięta w kierunku tego Diabła, by uścisnąć dłoń w rękawiczce dręczoną problemami skóry. Nigdy wcześniej nie podejrzewałby samego siebie, że może być taki podejrzliwy w stosunku do innego człowieka. Oto, jak człowiek człowiekowi potrafił być wilkiem. Jak łatwo było zniszczyć cudzą codzienność.
- Dziękuję. - Bagshot. Czy powinien bardziej uważać? Odwzajemnił uśmiech, chociaż był on zdystansowany. Ledwo uprzejmy, ale daleko mu było do szczerego czy ciepłego. - Choć nie uważam, żeby było czego gratulować. - Ponieważ artykuł był przekłamany i Prewett postarał się, żeby jego prawnik zniszczył karierę pana Bagshota, który się na to odważył. - Mam nadzieję, że to szczere słowa, a nie przesycone sarkazmem. - Zbieżność nazwisk mogła być zupełnie przypadkowa, ale jeśli tak było to wolał to zbadać w tym momencie.