Ta... radość ze strony Isaaca wydawała się nie być udawana. Szczera. Dlaczego? Dlatego, że miał okazję dowiedzieć się czegoś o widmach? O Beltane? Bo jeśli o tym drugim to Laurent będzie musiał sprawić mu zawód... mniejszy albo większy. Sporo wiedział, co się tam działo, ale osobiście tam nie zawędrował. Nie przepadał za tym świętem, trochę za dużo swawolnej miłości kwitło w powietrzu. Kiedy chciałeś zaplatać wianek i patrzeć, jak ktoś się dla ciebie wspina z nim na pal nie byłeś odpowiednią osobą, która powinna dać się omamić tamtejszej magicznej atmosferze. Elegancja tego człowieka, szarmanckość ruchów, niewymuszone wrażenie człowieka, który był duszą towarzystwa działały spójnie na prosty efekt - rozluźnienie. Minimalne, ale jednak nastąpiło. Przeważająca tutaj musiała być ta ekspresyjność - tak, to chyba to. Tak wiele stykasz się z osobami, które za maskami kryją prawdziwe intencje, że nie sposób już było powiedzieć, czy masz przed sobą już twarz, czy to nadal maska. I teraz szukaj, drogi pionku, czegoś prawdziwego w tym balu bez twarzy. Isaac był w tym bardzo lekki, naturalny - i realny. A jednocześnie przez to wszystko, nie wpasowując się w ramy tego świata czerwonych dywanów i złotych kurtyn - całkowicie nierealny. Zabawne. Laurent pomyślał, że Isaac na pewno doskonale by się odnalazł na salonach między śmietanką towarzyską, która swoje drobne wydatki liczyła w tysiącach galeonów.
W tamtej chwili, gdy zagaił go dziennikarz, był akurat z gwiazdą sportu świata czarodziei - z Philipem Nottem. Zdziwienie, że reporter podszedł akurat do niego, nie do Notta, było spore. Czego jednak nikt nie mógł wiedzieć to to, że wywiad miał dotyczyć czego innego, bo stricte widm. Rzeczywiście - zajmował się nimi. Rzeczywiście - próbował coś zmienić. Ugrać w tym chorym świecie, którego pragnienie naprawienia wybijało rytm dumki na dwa serca. I wywiad wcale nie brzmiał tak, jak został napisany. Mógł kazać go ściągnąć. Mógł wymusić na Proroku odszkodowanie i sprostowanie. Chronić siebie. Jednak tego nie zrobił. Nigdy nie zamierzał robić. Głównie przez to, że skoro już mleko zostało rozlane, a on naprawdę myślał tak, jak zostało to napisane, to warto, żeby ludzie zobaczyli, że jednak niektórzy mają odwagę stanąć do walki. Powinno to cieszyć jego serce - słyszeć, że ktoś się zgadza, że podziwia, że uznaje to za odważne..! Isaac nie był pierwszy. Zamiast tego czuł gorycz, bo prawda była taka, że wcale odważny nie był. I prawie ucierpiała na tym osoba, którą miał za najlepszego przyjaciela. Słuchał więc tych słów, pełnych werwy, wiary..! Pasji, tak. Pasji młodego człowieka, którego jeszcze nie zdążyły rozerwać hieny i wrony. Szarpały na kawałki i dzieliły się nimi równomiernie, zabierając każdą najlepszą część ciebie. Potem one pęczniały, ale nie dlatego, że rosły. Obrastały larwami i gniły. Lepiej byłoby o nich zapomnieć - wtedy mniej by bolało.
- Wtedy być może zapytam, jak bardzo byłoby to niemoralne i dlaczego nie zaproponował pan wcześniej. - Nie potrafił znaleźć żadnych dobrych słów na poprzednie słowa Isaaca (szkoda mi, Piękny Panie), ale te kolejne już nawet lekko go rozbawiły, prowokując uśmiech jeden z tych cieplejszych. A gdy się uśmiechał w ten sposób to jego twarz nabierała niemal anielsko niewinnego wyrazu. - Powinienem się bać niemoralnych propozycji? - Jego śpiewny głos nabrał przez moment efektu satynowego muśnięcia. Ruszył w kierunku wskazanego lokalu, spoglądając tylko na niebo. To był zdecydowanie zły dzień, żeby w ogóle gdziekolwiek się wybierać. Uwielbiał wodę, ale niekoniecznie tą, która psuła jego fryzurę i ciuchy, dlatego bardzo szybkim krokiem oddalił się od Ministerstwa, żeby zagłębić się na mugolską uliczkę. Jedną z bardzo niewielu znajomych tak swoją drogą. Puścił niedopałek na ziemię i przydepnął obcasem.
Laurent wszedł do tego pubu i... cóż. Pasował tutaj jak gówno do róży. Albo róża do gówna. I to nie dlatego, że sam pub w sobie był zły. Prewett wyglądał jak wyrwany z wybiegu model, a w bieli wybijał się w tym miejscu tak samo jak czerwona płachta w oczach byka. Sam jasnowłosy zatrzymał się po przejściu przez próg i trochę z niechęcią rozejrzał wokół, chłonąc tutejsze zapachy, atmosferę. Bywał w takich miejscach, a nawet gorszych, tak... dobrych parę lat temu, kiedy nie był jednym z młodszych biznesmenów czarodziejskiego świata. Ta niechęć przegrała z ciekawością, opadami deszczu i... gadatliwym towarzyszem.
- Sazerac. Albo jakiegokolwiek nie słodkiego drinka z brandy. - Poprosił towarzysza i usiadł na stołku przy barze, oglądając siebie całego - a te kropelki wody, które mogłyby zniszczyć idealny obraz, jaki próbował stworzyć, palce przesunął po idealnie ułożonych włosach, chociaż mogłyby sprawiać wrażenie niepokornie krzątających się na boku głowy. Nic bardziej mylnego. - Przepraszam z góry za moją wstrzemięźliwość w kontakcie, ale w pierwszej chwili sądziłem, że jest pan krewnym dziennikarza o nazwisku Bagshot, któremu udzieliłem wywiadu. Nie mieliśmy zbyt pomyślnego zakończenia tej współpracy.