31.03.2024, 05:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.09.2025, 12:03 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Badacz Tajemnic
- Ha, znowu wygrałam.
Oznajmiła, uśmiechając się do Millie wesolutko, kiedy ostatnia karta została położona przez nią na stole. Świat królował w tej pokrętnej wersji karcianki, do której wykorzystywała talię tarota, a której opracowała z Alexandrem jeszcze w Hogwarcie. I teraz, kiedy tylko mogła i miała partnera do przyjacielskiej gry, chętnie bawiła się w ten sposób. A dzisiejszego wieczora padło właśnie na kuzynkę, która teraz siedziała po przeciwnej stronie niskiego, kawowego stolika, do którego Rosie przysiadła rozsiadając się na ziemi i miękkich poduszkach.
Wolała obserwować świat z poziomu ziemi. Twarda podłoga jakoś przyjemnie uziemiała, a czasem sprawiała, że czuła się trochę jak złośliwy chochlik, który wyglądał zza lakowanej powierzchni stolika, teraz uśmiechając się mieszanką złośliwości i zadowolenia, kiedy zbierała talię ze stolika i tasowała ją gładkimi, pełnymi czułości ruchami. To mogła nie być jej najmilsza sercu talia, ale wciąż postępowała z nią delikatnie. Tak jakby była osobą; w końcu nie mogła postąpić inaczej, skoro jej sprzyjała.
- Było fajnie i miło, ale niestety moja intuicja podpowiada mi, że już nie gramy. Wybacz, wcale nie jest mi przykro, ale do trzech razy sztuka, rozumiesz. - postukała trzy razy zebraną talią w stolik, wyrównując karty w pliku i uśmiechnęła się do Moody wręcz obrzydliwie grzecznie. Gdyby grały o pieniądze, pewnie cieszyłaby się jeszcze bardziej, ale McKinnon nigdy specjalnie nie bawił ten dreszczyk emocji, który towarzyszył potencjalnej utracie galeonów. Zresztą... niezbyt umiała przegrywać.
- Przegrana - to ty - bierze wybuchającego mopsa cioteczki Daphne na trzy dni do siebie. Niech Matka ma cię w swojej opiece - uśmiechnęła się wesoło, nawet jeśli cioteczka Daphne leżała teraz z Mungu i to wcale nie był aż taki przyjemny temat. Jej mopsem natomiast, połowa Trelawneyów przerzucała się jak gorącym ziemniakiem, bo panowało ogólne przekonanie, że był on z rodzaju tych raczej wybuchowych. Oczywiście, nikt nie był pewny tego w stu procentach, bo psiak jeszcze żył sobie, ciesząc się każdym dniem, ale jak to z tego typu zwierzątkami bywało - nikt nie znał ani dnia, ani godziny.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror