Rodzina Lockheart? Och, panie Bagshot, co za niesamowity dobór możliwości, żeby kręcić się wokół ludzi, żeby poznawać ich najgłębsze sny, ich najznamienitsze pragnienia! Żeby uczyć się, czego potrzebują i co trzeba zrobić, żeby oddali się pańskim ramionach na dokładnie tym niekochającym układzie, jakiego pan potrzebował. Laurent nie miał pojęcia, na kogo dokładnie patrzył, ale chociaż nie miał oczu orła, który dopatrzyłby myszy z dwóch kilometrów, to miał rozum, żeby analizować to co widzi, co słyszy i co odczuwał. Ta empatia mogła tę dwójkę połączyć, tylko czy na pewno na dobrym podłożu? Na razie blondyn był jak jeż, który bał się odwijać ze swojego kłębka, a mimo to zapach proponowanego jabłka był zbyt słodki, pełen pokus. Nie mógł mu powoli nie ulegać. Może to magia krwi Lockheartów, a może jeszcze coś innego - fakt był prosty, że Laurent kochał ludzi. I koniec końców - kochał kochać. Wbrew nazwisku, serce Isaaca zamknięte nie było. Chyba wręcz za mocno otwierał ja na nowe znajomości i ludzi, ale to jeszcze przyjdzie nam ocenić. Tu i teraz ten pachnący piwem bar przypominał o tym, że nawet najbardziej pasujący do swojego schematu człowiek może trafić w najbardziej abstrakcyjną scenerię. Prewett znosił to niezwykle godnie, jakby był idealnym człowiekiem w odpowiednim miejscu. Pierwsze wrażenie z niego spłynęło i siedział teraz na tym stołku, jakby był Księciem Jednej Nocy. W końcu to z jednych nocy takie miejsca słynęły, tak? Wchodzisz, upijasz się, wychodzisz... i budzisz się rano zastanawiając, czy warto było tak tę noc przeszaleć i próbując sobie przypomnieć wszystkie wydarzenia, w jakich brałeś udział. Pilne oko Isaaca bez problemu mogło jednak dopatrzyć się chociażby w lekko rozglądającym się i rozkojarzonym spojrzeniu Laurenta, że wcale się takim panem miejsca i sytuacji nie czuł. Po prostu nie mógł pokazać, że było inaczej.
Odebrał drinka prosto z dłoni Isaaca i niby to przypadkiem przesunął swoimi palcami po jego palcach, uśmiechając się wdzięcznie. Niewinnie. Nie dlatego, że naprawdę ten gest był niewinny. Obrócił twarz w jego kierunku i skupił więcej uwagi na nim, nie na otoczeniu.
- Za spotkanie, Isaacu. - Nie stuknął się z nim bezpośrednio, nie wypadało, to nie było eleganckie. Lekko uniósł szklankę w górę, żeby oddać toast i upił... ledwo łyka. Nie sądził, że ktoś będzie mu proponować papierosy, a potem poił alkoholem, żeby zniszczyć ich paskudny, palący smak w gardzieli czymś jeszcze bardziej kłującym. I cieszyło go, nawet bardzo, że ktoś taki się pojawił. Ściągnął go z ulicy prawie jakby nigdy nic, uśmiechał się tak ciepło, tak miło, tak wesoło błyszczał oczami... Kiedy to się stało, że to ktoś lśni dla mnie? Kiedy zgasłem? Nie bardzo potrafił odpowiedzieć na to pytanie, ale w obliczu tego towarzystwa nie miało to chwilowo znaczenia.
- Łatwo przychodzi ci zagajanie nowych osób, prawda? - Oparł głowę na ręce, spoglądając teraz z ukosa w te wesołe oczy spoglądające na niego z uwagą, które go mierzyły, jakby oceniały. Ciekawe, co teraz działo się w głowie tego człowieka? Czy właśnie zastanawiał się, czy warto, czy może już to ocenił i teraz tylko ważył, jak duża mogła być nagroda? Możesz mieć każdego. Zadźwięczało znów w jego uszach, jak mantra. Denerwująca, bolesna w tym momencie mantra. Bo co to znaczy mieć każdego, kiedy jedyne, czego się chciało, to... coś stałego. Coś na dłużej. Ciekawe, na jak dużo teraz mogłeś sobie pozwolić i jak daleko ta gra mogła zostać pociągnięta? Czy to zagajenie na początku w ogóle taki miało cel, czy może Isaac był jednym z tych, który chciał się przekonać, czy plotki o byciu kurwą są prawdziwe? Ludzie potrafili być tacy troskliwi i czuli, a potem... wyrzucali cię na bruk, kiedy już zerwali wszystkie kwiaty z twojego ogrodu. - Masz bardzo gładki i zręczny język. - Uśmiechnął się filuternie. - Jestem bardzo ciekaw, jak bardzo.