14.12.2022, 23:57 ✶
Zamyślił się, celowo robiąc przez moment dłuższą pauzę, jak gdyby ważył w umyśle jego słowa.
- Przejrzałeś mnie – powiedział po prostu poważnym tonem, w głębi starając powstrzymać się przed wybuchnięciem śmiechem. Póki co nawet mu to wychodziło. – Nie sądziłem, że tak szybko odkryjesz moją tajemnicę – dodał jeszcze, ale kiedy usłyszał uwagę o aspirującym poltergeiście, nie wytrzymał i roześmiał się, przy okazji kopiąc Castiela w odwecie w kostkę. Może to było jak igranie z ogniem, biorąc pod uwagę, że wyglądał na kogoś, kto miał więcej siły od Fergusa i mógł bez problemu zdzielić go wiosłem przez łeb, wrzucając do głębokiej wody.
Nijak nie orientował się w tym, gdzie się znajdowali. Nie żeby kiedykolwiek miał dobrą orientację w terenie, a co dopiero gdzieś pośrodku niczego. Znał się trochę na astronomii i pewnie w końcu odnalazłby drogę, kierując się widocznymi na niebie konstelacjami. Problem polegał jednak na tym, że był środek dnia, a jedyne, co dało się dostrzec w powietrzu, to chmury i stado skrzeczących mew, które kierowały się w stronę śmierdzącego portu.
Co gorsza, Fergus też nie miał pojęcia, że mógłby być fajny i ciekawy. I pewnie nigdy nie dokona tego odkrycia, jeśli ktokolwiek nie powie mu tego wprost. Co innego Castiel, który z trzymającego się etykiety i porządku nudziarza, przemienił się nagle w skorego do przygody świra z bzikiem na punkcie wody.
Cynthia ogólnie nie nauczyła go zbyt wielu rzeczy dotyczących Flintów, bo też zazwyczaj w to nie wnikał, uznając ich za niegodne uwagi tło do przyjaźni z bliźniaczką tego tu znajdującego się naprzeciw niego wioślarza. Oj, jak bardzo się mylił. Pytanie tylko, czy gdyby poznał Castiela bliżej jeszcze w szkole, zdecydowałby się teraz wsiąść z nim na łódkę. Raczej nie. Zdecydowanie nie.
- Tych jeszcze nie widziałem – zauważył, szczerząc się do Flinta. Plumpki też nie miał okazji ujrzeć na własne oczy poza obrazkami w książkach, więc ta odpowiedź nijak go nie tłumaczyła. Umiejętności pływackie nie wydawały się jednak tak ciekawe dla słuchaczy, jak jakaś tragedia ze złowrogą rybą w roli głównej.
Odwzajemnił spojrzenie, opierając głowę na wolnej ręce, podczas gdy w drugiej wciąż trzymał wiosło. Przez chwilę w ogóle zapomniał, że miał cokolwiek odpowiedzieć, chociaż jego umysł starał się znaleźć odpowiednie słowa. Dopiero wzdrygnięcie Castiela przywróciło go na ziemię.
- Zwodnikiem – mruknął, odwracając wzrok na wiosło. – Obiecałeś mi dobrą zabawę, a póki co to ty bawisz się moim kosztem – wyjaśnił, mając oczywiście na myśli zmuszanie go do pomocy w wiosłowaniu.
Szkoda tylko, że Castiel nie wyjawiał tych wszystkich złotych rad na głos, bo Fergus w pewnym momencie mógłby ich potrzebować, jeśli planowali kiedykolwiek jeszcze wypłynąć gdzieś dalej. Może w końcu doczekałby się skarbu na pirackiej mapie? A nie tylko boi, która wyglądała, jakby sama tu dopłynęła, a nie została umieszczona celowo.
Pewnie jego ojciec odnalazłby od razu znaczenie tego drewna dla danego czarodzieja, ale Fergus nie przykuwał do tego aż takiej wagi. Ot, zwykły kawał drzewa, który – jak się pewnego razu okazało – można też użyć w kominku. Skrzywił się na samą myśl o tym, jak bardzo denerwowało go załatwianie spraw dla starych Ollivanderów. Nie znosił ich i nie znosił całych spraw związanych z różdżkami. Nie znosił nawet tego przeklętego patyka, znajdującego się w kieszeni jego kurtki. Typowa dla Ollivanderów, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ani trochę nie kompatybilna z aktualnym właścicielem, najwyraźniej przez to, że wyczuwała jego niechęć. Całe szczęście, że blondyn nie mógł dostrzec jego miny, znajdując się wówczas pod wodą. Wypił spory łyk mieszanki alkoholu ze swojej puszki. Przyjemne ciepło rozeszło się po jego ciele, trochę ułatwiając przebywanie w łódce.
Mruknął coś pod nosem, nie do końca wiedząc, do czego zmierzał jego towarzysz. Zanurzył dłoń w wodzie, chcąc sprawdzić, czy była tak zimna, jak się spodziewał i natychmiast się wzdrygnął. Znów zbyt łatwo się rozkojarzył, przez co jeszcze bardziej zaskoczył go silny chwyt na jego ramionach. Czuł w kościach, że Flint mógł być zdolny do czegoś takiego, ale nie przewidział, że rzeczywiście tego dokona.
Próbował go odepchnąć, pozostając na łódce, ale efektem było tylko jej przewrócenie, sprawiające, że nacisk wody był jeszcze silniejszy. Przez chwilę stracił poczucie, gdzie się znajduje, nie mogąc złapać oddechu i słysząc echo we własnej głowie.
Nie panikuj, powtarzał sobie w myślach, choć nijak to nie ułatwiało zadania. Chwycił się ramienia Castiela, próbując przy tym odepchnąć się w górę, aż w końcu wrócił do rzeczywistości. Po drodze na powierzchnię stracił gdzieś czapkę, którą dostrzegł kątem oka, dryfującą obok odwróconej dnem do góry łódki. Nasiąknięte wodą, ciężkie ubrania ciągnęły go w dół, więc nadal podpierał się na Flincie, próbując jakkolwiek utrzymać się nad wodą.
- Co do diabła – warknął. – Czy ciebie do reszty popierdoliło? – ciągnął dalej, rozjuszony i drugą ręką odgarnął przyklejone do twarzy włosy. Czuł silną potrzebę popchnięcia go, albo wciśnięcia z ogromną siłą pod wodę, ale obawiał się, że sam poszedłby na dno razem z blondynem. Zamiast tego odepchnął się od niego, próbując złapać łódki, by jakkolwiek utrzymać stabilność.
- Nie znoszę cię, wiesz? – ciągnął dalej, oglądając się wokół siebie za wszystkimi rzeczami, które od nich uciekły. Torba Flinta już dawno poszła na dno, razem z nieszczęsnymi puszkami piwa. I gdzie, do cholery jasnej, były wiosła? – Zabiłbym cię, ale sam nie dotrę na ląd – dodał jeszcze niechętnie. Miał wrażenie, że zaraz rzeczywiście zostanie soplem lodu. Dopiero docierało do niego, jak bardzo się trząsł, nieprzygotowany na lądowanie w wodzie, a tym bardziej z takiego zaskoczenia. Nawet pomimo szybkiego skoku adrenaliny nie czuł się ani trochę komfortowo czy pewnie.
Spoglądał gniewnie na Castiela, układając w głowie mowę pogrzebową. Nie był tylko do końca pewien, czy jego, czy swoją własną.
- Przejrzałeś mnie – powiedział po prostu poważnym tonem, w głębi starając powstrzymać się przed wybuchnięciem śmiechem. Póki co nawet mu to wychodziło. – Nie sądziłem, że tak szybko odkryjesz moją tajemnicę – dodał jeszcze, ale kiedy usłyszał uwagę o aspirującym poltergeiście, nie wytrzymał i roześmiał się, przy okazji kopiąc Castiela w odwecie w kostkę. Może to było jak igranie z ogniem, biorąc pod uwagę, że wyglądał na kogoś, kto miał więcej siły od Fergusa i mógł bez problemu zdzielić go wiosłem przez łeb, wrzucając do głębokiej wody.
Nijak nie orientował się w tym, gdzie się znajdowali. Nie żeby kiedykolwiek miał dobrą orientację w terenie, a co dopiero gdzieś pośrodku niczego. Znał się trochę na astronomii i pewnie w końcu odnalazłby drogę, kierując się widocznymi na niebie konstelacjami. Problem polegał jednak na tym, że był środek dnia, a jedyne, co dało się dostrzec w powietrzu, to chmury i stado skrzeczących mew, które kierowały się w stronę śmierdzącego portu.
Co gorsza, Fergus też nie miał pojęcia, że mógłby być fajny i ciekawy. I pewnie nigdy nie dokona tego odkrycia, jeśli ktokolwiek nie powie mu tego wprost. Co innego Castiel, który z trzymającego się etykiety i porządku nudziarza, przemienił się nagle w skorego do przygody świra z bzikiem na punkcie wody.
Cynthia ogólnie nie nauczyła go zbyt wielu rzeczy dotyczących Flintów, bo też zazwyczaj w to nie wnikał, uznając ich za niegodne uwagi tło do przyjaźni z bliźniaczką tego tu znajdującego się naprzeciw niego wioślarza. Oj, jak bardzo się mylił. Pytanie tylko, czy gdyby poznał Castiela bliżej jeszcze w szkole, zdecydowałby się teraz wsiąść z nim na łódkę. Raczej nie. Zdecydowanie nie.
- Tych jeszcze nie widziałem – zauważył, szczerząc się do Flinta. Plumpki też nie miał okazji ujrzeć na własne oczy poza obrazkami w książkach, więc ta odpowiedź nijak go nie tłumaczyła. Umiejętności pływackie nie wydawały się jednak tak ciekawe dla słuchaczy, jak jakaś tragedia ze złowrogą rybą w roli głównej.
Odwzajemnił spojrzenie, opierając głowę na wolnej ręce, podczas gdy w drugiej wciąż trzymał wiosło. Przez chwilę w ogóle zapomniał, że miał cokolwiek odpowiedzieć, chociaż jego umysł starał się znaleźć odpowiednie słowa. Dopiero wzdrygnięcie Castiela przywróciło go na ziemię.
- Zwodnikiem – mruknął, odwracając wzrok na wiosło. – Obiecałeś mi dobrą zabawę, a póki co to ty bawisz się moim kosztem – wyjaśnił, mając oczywiście na myśli zmuszanie go do pomocy w wiosłowaniu.
Szkoda tylko, że Castiel nie wyjawiał tych wszystkich złotych rad na głos, bo Fergus w pewnym momencie mógłby ich potrzebować, jeśli planowali kiedykolwiek jeszcze wypłynąć gdzieś dalej. Może w końcu doczekałby się skarbu na pirackiej mapie? A nie tylko boi, która wyglądała, jakby sama tu dopłynęła, a nie została umieszczona celowo.
Pewnie jego ojciec odnalazłby od razu znaczenie tego drewna dla danego czarodzieja, ale Fergus nie przykuwał do tego aż takiej wagi. Ot, zwykły kawał drzewa, który – jak się pewnego razu okazało – można też użyć w kominku. Skrzywił się na samą myśl o tym, jak bardzo denerwowało go załatwianie spraw dla starych Ollivanderów. Nie znosił ich i nie znosił całych spraw związanych z różdżkami. Nie znosił nawet tego przeklętego patyka, znajdującego się w kieszeni jego kurtki. Typowa dla Ollivanderów, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ani trochę nie kompatybilna z aktualnym właścicielem, najwyraźniej przez to, że wyczuwała jego niechęć. Całe szczęście, że blondyn nie mógł dostrzec jego miny, znajdując się wówczas pod wodą. Wypił spory łyk mieszanki alkoholu ze swojej puszki. Przyjemne ciepło rozeszło się po jego ciele, trochę ułatwiając przebywanie w łódce.
Mruknął coś pod nosem, nie do końca wiedząc, do czego zmierzał jego towarzysz. Zanurzył dłoń w wodzie, chcąc sprawdzić, czy była tak zimna, jak się spodziewał i natychmiast się wzdrygnął. Znów zbyt łatwo się rozkojarzył, przez co jeszcze bardziej zaskoczył go silny chwyt na jego ramionach. Czuł w kościach, że Flint mógł być zdolny do czegoś takiego, ale nie przewidział, że rzeczywiście tego dokona.
Próbował go odepchnąć, pozostając na łódce, ale efektem było tylko jej przewrócenie, sprawiające, że nacisk wody był jeszcze silniejszy. Przez chwilę stracił poczucie, gdzie się znajduje, nie mogąc złapać oddechu i słysząc echo we własnej głowie.
Nie panikuj, powtarzał sobie w myślach, choć nijak to nie ułatwiało zadania. Chwycił się ramienia Castiela, próbując przy tym odepchnąć się w górę, aż w końcu wrócił do rzeczywistości. Po drodze na powierzchnię stracił gdzieś czapkę, którą dostrzegł kątem oka, dryfującą obok odwróconej dnem do góry łódki. Nasiąknięte wodą, ciężkie ubrania ciągnęły go w dół, więc nadal podpierał się na Flincie, próbując jakkolwiek utrzymać się nad wodą.
- Co do diabła – warknął. – Czy ciebie do reszty popierdoliło? – ciągnął dalej, rozjuszony i drugą ręką odgarnął przyklejone do twarzy włosy. Czuł silną potrzebę popchnięcia go, albo wciśnięcia z ogromną siłą pod wodę, ale obawiał się, że sam poszedłby na dno razem z blondynem. Zamiast tego odepchnął się od niego, próbując złapać łódki, by jakkolwiek utrzymać stabilność.
- Nie znoszę cię, wiesz? – ciągnął dalej, oglądając się wokół siebie za wszystkimi rzeczami, które od nich uciekły. Torba Flinta już dawno poszła na dno, razem z nieszczęsnymi puszkami piwa. I gdzie, do cholery jasnej, były wiosła? – Zabiłbym cię, ale sam nie dotrę na ląd – dodał jeszcze niechętnie. Miał wrażenie, że zaraz rzeczywiście zostanie soplem lodu. Dopiero docierało do niego, jak bardzo się trząsł, nieprzygotowany na lądowanie w wodzie, a tym bardziej z takiego zaskoczenia. Nawet pomimo szybkiego skoku adrenaliny nie czuł się ani trochę komfortowo czy pewnie.
Spoglądał gniewnie na Castiela, układając w głowie mowę pogrzebową. Nie był tylko do końca pewien, czy jego, czy swoją własną.