Na moment jeszcze przeniosła spojrzenie na Brennę, gdy ta postanowiła się wycofać i dać im przestrzeń. Zapewne będzie ich obserwowała z odległości, pozwalając, by ta dwójka jednak mogła ze sobą porozmawiać w prywatności, jaką mógł zapewnić ten cmentarz… Słuchać ich mogły tylko trupy. Ginny uśmiechnęła się do Longbottom i nieznacznie skinęła do niej głowę w podziękowaniu, chciała tym gestem też przekazać, by się nie martwiła, bo była już dużą dziewczynką i na pewno sobie poradzi… Ale czy ten gest niósł ze sobą aż tyle emocji, by druga osoba, mocno jej nieznana, mogła to wszystko z tego wyczytać?
To, że Samuel stał teraz tak blisko niej nie przeszkadzało kobiecie zanadto. Sama chciała go do siebie przygarnąć, przytulić, poczuć ciepło pod opuszkami palców. Albo złapać jego twarz w dłonie i przyjrzeć mu się bardzo uważnie – chcąc dostrzec to rodzinne podobieństwo, które pierwszego dnia kompletnie jej umknęło, bo nawet nie wiedziała, że ma czegokolwiek szukać.
Najpewniej więcej bodźców odebrałaby w kocier formie, tak przez nią ulubianej, była jednak człowiekiem – nawet jeśli w niektórych ruchach czy zachowaniach mogła się wydawać niemal zwierzęca, nawet jeśli jej oczy często zmieniały się w tak charakterystyczne, to w większości nosiła tę ludzką, prawdziwą formę. Przekrzywiła jednak głowę, w skupieniu przyglądając się Samowi – myślała nic i jednocześnie wszystko. Jak to się stało? Co się wydarzyło? Czy wszystko było w porządku? Jak się czuł? Czy odziedziczył po matce zdolności, czy w ogóle go nauczyła? Co z Bereniką? Objęła go, kiedy i on się do niej przysunął tak bardzo, chcąc ją… wywąchać, czy cokolwiek robił. A ona uspokajająco klepała go dłonią po plecach.
– Spokojnie, nic się nie stało – odpowiedziała miękko, gdy ten naraz zerwał się i cofnął, przestraszony że zrobił coś nie tak. Albo że dopiero zrobi. – Klątwa ziemi… – powtórzyła za nim, zastanawiając się, czy ktoś w ich rodzinie był nią obłożony. Może powinna zapytać dzisiaj babcię? Albo dziadka? Wypytać ich delikatnie o… O Berenikę? – Chodzi o emocje? Rozkojarzają cię i wtedy coś się dzieje? – czy wtedy mu się coś ulewało? Pewnie jej ojciec wiedziałby więcej, to on znał się na klątwach, był w końcu klątwołamaczem, ale siedział teraz w Egipcie. Coś niecoś jednak od niego liznęła, nawet jeśli nie zajmowała się tą dziedziną ani trochę – była w końcu tylko… magimedykiem. – Mogę ci jakoś pomóc? Jestem lekarzem – wyznała, po czym wyciągnęła do niego ręce. – Chodź, nie boję się. Może powinnam ci się raz jeszcze przedstawić. Guinevere Nefret McGonagall, ale ludzie mówią do mnie Ginevra albo Ginny. Jestem córką Saturnusa McGonagalla, on z kolei jest synem Malcolma – skłoniła przed nim delikatnie głowę i uśmiechnęła się miło. – Może mam ci to rozrysować? – zaproponowała.