31.03.2024, 20:43 ✶
Nie miałem pojęcia, że estetyzm stał się głównym wymogiem do pracy w dyplomacji, pomyślał przekornie, ignorując gorzki ton głosu towarzyszącego mu czarodzieja. Sztuk przyrodniczych i ścisłych można było się wyuczyć, podobnie jak uczniowie kuli na blachę materiał na egzamin końcoworoczny z Zielarstwa. Na piękno matematyki nie składała się zdaniem Erika urokliwość jej formy czy ozdobność, a surowość, rozsądek i logika towarzysząca pracy z nią. Niewiadoma w równaniu była labiryntem, a wzory stanowiły mapę, która mogła pomóc w znalezieniu wyjścia, przy którym czekało rozwiązanie. To jest, o ile wiedziało się, jak wykorzystać informacje, jakie miało się na podorędziu.
Jak fascynująca nie byłaby to perspektywa, tak coś mu się w tym nie dodawało. Przekrzywił głowę, zerkając na Anthony'ego z zaciekawieniem. Liczył, że ten opowie coś więcej i zdradzi, jak to wspomniane przez niego umiejętności przekładają się na kompetencje w jego aktualnym zawodzie. Czyżby wiedza z zakresu astronomii nagle stanowiła podstawę do negocjacji nowych umów handlowych? A może zalety tych umiejętności leżały gdzie indziej? Czasem trzeba było uścisnąć parę obcych dłoni, odbyć parę niezobowiązujących rozmów, aby pokazać ludziom, że jest się godnym tego, aby zasiąść z nimi do jednego stołu.
— Podejrzewam, że uczono cię też innych rzeczy. Tak jak mnie uczono szermierki jeszcze zanim odebrałem od Ollivanderów swoją pierwszą różdżkę. — Uniósł lekko kącik ust. Uważał, że była to uczciwa wymiana. Opowiadał coś o sobie i odkrywał jedną ze swoich kart z nadzieją, że Shafiq zrobi to samo. — Chociażby sztuka przemawiania. Gdzieś musiałeś się tego nauczyć. Warsztaty oratorskie? Chyba że taką piękną mowę szlifowałeś w szkolnym klubie dyskusyjnym. — Zaśmiał się krótko. — Na pewno jesteś człowiekiem wielu talentów. Ciekawi mnie tylko, ilu konkretnie.
Pokiwał powoli głową. Trudno było mu nie zgodzić się z Shafiqiem. W wielu familiach rodowe dziedzictwo nie było wyborem a obowiązkiem. Jeśli ktoś nie wpisywał się w rodzinne standardy, czekało go nieco trudniejsze życie. Znacząca większość krewniaków Erika znalazła zatrudnienie w Ministerstwie Magii, poniekąd czyniąc z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów swój drugi dom. Nie było łatwo uciec od tej szufladki. Poza tym, tak jak Anthony'ego popychano od dzieciaka w stronę dyplomacji, tak Erikowi wskazywano drogę do biurka w Brygadzie Uderzeniowej.
Czy miał kiedyś inne aspiracje? W czasach nauki w Hogwarcie czasem fantazjował o karierze w quidditchu. Całkiem nieźle sprawdzał się jako obrońca w szkolnym zespole, ale nigdy nie myślał o profesjonalnej grze na poważnie. Nie, gdy w Warowni czekał ojciec, wuj czy dziadek, gotowi zaprowadzić go na pierwsze testy do sił bezpieczeństwa tuż po odebraniu dyplomu. Jego ścieżka już dawno została ustalona i obecnie podążał nią z własnej woli. Wziął tę spuściznę na własność. Na szczęście dosyć dobrze wylądował. Członek londyńskiego Klubu Pojedynku, szermierz, brygadzista Ministerstwa Magii. Czegóż więcej mógłby od niego oczekiwać nestor rodu?
— A ty chciałeś kiedyś robić coś innego? — Wbił w mężczyznę pytająco spojrzenie. Trudno mu było wyobrazić go sobie w pracy, która nie wymagałaby od niego chodzenia w garniturach, wygłaszania długich przemów i olśniewania innych swoją prezencją. — Chciałeś kiedyś prowadzić kram na bazarze Lovegoodów albo sprzedawać różdżki na Pokątnej? A może już od dzieciaka nasiąkliśmy rodowym dziedzictwem.
Zaciśnięte zęby i nietęga mina wskazywały dosyć jasno, że Erik nie czuł się komfortowo, słuchając fantazji Anthony'ego na temat utonięcia w basenie. Jego wyraz twarzy uległ jednak zmianie, gdy mężczyzna wspomniał o rzeźbionych ramionach i chwytaniu za włosy. Zacisnął palce jednej z dłoni, jakby mimowolnie próbował przypomnieć sobie, jak dużo siły należy włożyć w taki gest, aby nie był zbyt bolesny dla drugiej strony. Poczuł pieczenie w policzkach, jednak kolejne pytania Shafiqa tym razem nie stanowiły zbyt dużego wybawienia, a jedynie przegonienie do innego kąta.
— Obowiązek służbowy jest dosyć wysoko na liście moich priorytetów — przyznał przyciszonym głosem, pozwalając, aby półtony prowokacji wybrzmiały w jego słowach. Zagryzł lekko dolną wargę, jednak przednie zęby szybko ześlizgnęły się po niej. — Oczywiście, są też inne motywy. Chociażby walory wizualne. — Zawiesił głos, aby zaraz uśmiechnąć się przewrotnie. — Jesteś miły dla oka, ale gdyby twoja skóra stała się trupio blada, a ciało spuchło w wodzie? Już nie za bardzo. — Cmoknął trzykrotnie. — Istna katastrofa. Zwłaszcza po tym, jak miałem okazję oglądać cię w szczytowej formie przez ostatnie dni.
Trzeba było dokładniej słuchać gadaniny Morfeusza, pomyślał, przeklinając bezgłośnie własne lenistwo. Kilka opowieści o greckich herosach i bogach utkwiło w jego głowie, jednak był to zaledwie ułamek tego, jakimi historiami raczył swoich krewnych starszy Longbottom. Zbyt łatwo było uznać wznoszone przez wuja modły za jego małe dziwactwo, zamiast faktycznie poświęcić im chwilę uwagi. Teraz płacił cenę za własną głupotę.
— Słyszałem, że miał ich wiele? — Zerknął pytająco na czarodzieja, bo nie był pewny swej odpowiedzi. Nie przypominał sobie też żadnych konkretnych mitów, które traktowałaby o liczebności zeusowego potomstwa. — Skoro jego partnerką była Hera, bogini małżeństw, to podejrzewam, że nie kończyły one zbyt dobrze. — Odrzuć boga, a go urazisz. Przyjmij boga do swojego łoża, a ryzykujesz gniew jego boskiej żony. Sytuacja bez wyjścia. — Może nie tyle śmierć, co bardziej... Poczucie straty? W końcu Hades nie był bogiem śmierci. Od tego mieli jakiegoś innego typa. — Jak na niego wołali? Tego już nie kojarzył. — Hades był jak wyniesiony dozorca, który odpowiadał za miejsce w którym przebywali zmarli.
Z dwojga złego już chyba lepiej było przeżywać czyjąś śmierć niż zaginięcie ukochanej osoby. Gdy ktoś po prostu znikał bez śladu i nie sposób było go wytropić, była to dużo większa strata dla rodziny. Przez brak poszlak czy dowodów niektórzy krewni nie potrafili poradzić sobie ze stratą. Pomimo zaledwie kilku lat stażu w Ministerstwie Magii, Erik zdążył już spotkać kilka takich sytuacji. Ludzie trzymali się nadziei, a bez ciała czy odpowiednich zeznań, ta powoli kwitła, zapuszczając korzenie coraz głębiej. Pod tym względem śmierć była łatwiejsza. Bolesna, ale przynajmniej sam pogrzeb i wspólne pożegnanie zmarłego potrafiło przynieść, chociaż minimalne ukojenie.
— Boskość ma w sobie coś z grzechu, a grzeszność z boskości. To jak ze światłem i ciemnością, ''białą'' i ''czarną'' magią. Jedno nie może istnieć bez drugiego — odparł, mimowolnie zerkając ku wargom Anthony'ego, między którymi zniknął kawałek owocu. Co rusz przesuwał jednak wzrok na boki, jakby to robiło jakąkolwiek różnicę. Skinął głową na wzmiankę o kolacji. — Urlop w kurorcie, masaż, basen, wystawna kolacja — wyliczał powoli konspiracyjnym szeptem, jak gdyby dzielił się z Anthonym jakimś przełomowym odkryciem, które wcześniej mu umknęło. — Co będzie dalej? Deser? Śniadanie do łóżka? — Spojrzał na niego pytająco, unosząc delikatnie lewą brew. Nie trzeba by było proponować mu tego dwa razy; miał naturalną słabość do słodyczy, poza tym sama wizja czarodzieja serwującego mu śniadanie była mu nader... miła. — Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni ktoś mnie tak rozpieszczał. Każdy w twojej świcie ma zapewnione takie rozrywki?
A może aż tak dobrze się spisałem?, pomyślał, starając się stłumić pewny siebie uśmiech, jaki wykwitł na jego ustach.
Jak fascynująca nie byłaby to perspektywa, tak coś mu się w tym nie dodawało. Przekrzywił głowę, zerkając na Anthony'ego z zaciekawieniem. Liczył, że ten opowie coś więcej i zdradzi, jak to wspomniane przez niego umiejętności przekładają się na kompetencje w jego aktualnym zawodzie. Czyżby wiedza z zakresu astronomii nagle stanowiła podstawę do negocjacji nowych umów handlowych? A może zalety tych umiejętności leżały gdzie indziej? Czasem trzeba było uścisnąć parę obcych dłoni, odbyć parę niezobowiązujących rozmów, aby pokazać ludziom, że jest się godnym tego, aby zasiąść z nimi do jednego stołu.
— Podejrzewam, że uczono cię też innych rzeczy. Tak jak mnie uczono szermierki jeszcze zanim odebrałem od Ollivanderów swoją pierwszą różdżkę. — Uniósł lekko kącik ust. Uważał, że była to uczciwa wymiana. Opowiadał coś o sobie i odkrywał jedną ze swoich kart z nadzieją, że Shafiq zrobi to samo. — Chociażby sztuka przemawiania. Gdzieś musiałeś się tego nauczyć. Warsztaty oratorskie? Chyba że taką piękną mowę szlifowałeś w szkolnym klubie dyskusyjnym. — Zaśmiał się krótko. — Na pewno jesteś człowiekiem wielu talentów. Ciekawi mnie tylko, ilu konkretnie.
Pokiwał powoli głową. Trudno było mu nie zgodzić się z Shafiqiem. W wielu familiach rodowe dziedzictwo nie było wyborem a obowiązkiem. Jeśli ktoś nie wpisywał się w rodzinne standardy, czekało go nieco trudniejsze życie. Znacząca większość krewniaków Erika znalazła zatrudnienie w Ministerstwie Magii, poniekąd czyniąc z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów swój drugi dom. Nie było łatwo uciec od tej szufladki. Poza tym, tak jak Anthony'ego popychano od dzieciaka w stronę dyplomacji, tak Erikowi wskazywano drogę do biurka w Brygadzie Uderzeniowej.
Czy miał kiedyś inne aspiracje? W czasach nauki w Hogwarcie czasem fantazjował o karierze w quidditchu. Całkiem nieźle sprawdzał się jako obrońca w szkolnym zespole, ale nigdy nie myślał o profesjonalnej grze na poważnie. Nie, gdy w Warowni czekał ojciec, wuj czy dziadek, gotowi zaprowadzić go na pierwsze testy do sił bezpieczeństwa tuż po odebraniu dyplomu. Jego ścieżka już dawno została ustalona i obecnie podążał nią z własnej woli. Wziął tę spuściznę na własność. Na szczęście dosyć dobrze wylądował. Członek londyńskiego Klubu Pojedynku, szermierz, brygadzista Ministerstwa Magii. Czegóż więcej mógłby od niego oczekiwać nestor rodu?
— A ty chciałeś kiedyś robić coś innego? — Wbił w mężczyznę pytająco spojrzenie. Trudno mu było wyobrazić go sobie w pracy, która nie wymagałaby od niego chodzenia w garniturach, wygłaszania długich przemów i olśniewania innych swoją prezencją. — Chciałeś kiedyś prowadzić kram na bazarze Lovegoodów albo sprzedawać różdżki na Pokątnej? A może już od dzieciaka nasiąkliśmy rodowym dziedzictwem.
Zaciśnięte zęby i nietęga mina wskazywały dosyć jasno, że Erik nie czuł się komfortowo, słuchając fantazji Anthony'ego na temat utonięcia w basenie. Jego wyraz twarzy uległ jednak zmianie, gdy mężczyzna wspomniał o rzeźbionych ramionach i chwytaniu za włosy. Zacisnął palce jednej z dłoni, jakby mimowolnie próbował przypomnieć sobie, jak dużo siły należy włożyć w taki gest, aby nie był zbyt bolesny dla drugiej strony. Poczuł pieczenie w policzkach, jednak kolejne pytania Shafiqa tym razem nie stanowiły zbyt dużego wybawienia, a jedynie przegonienie do innego kąta.
— Obowiązek służbowy jest dosyć wysoko na liście moich priorytetów — przyznał przyciszonym głosem, pozwalając, aby półtony prowokacji wybrzmiały w jego słowach. Zagryzł lekko dolną wargę, jednak przednie zęby szybko ześlizgnęły się po niej. — Oczywiście, są też inne motywy. Chociażby walory wizualne. — Zawiesił głos, aby zaraz uśmiechnąć się przewrotnie. — Jesteś miły dla oka, ale gdyby twoja skóra stała się trupio blada, a ciało spuchło w wodzie? Już nie za bardzo. — Cmoknął trzykrotnie. — Istna katastrofa. Zwłaszcza po tym, jak miałem okazję oglądać cię w szczytowej formie przez ostatnie dni.
Trzeba było dokładniej słuchać gadaniny Morfeusza, pomyślał, przeklinając bezgłośnie własne lenistwo. Kilka opowieści o greckich herosach i bogach utkwiło w jego głowie, jednak był to zaledwie ułamek tego, jakimi historiami raczył swoich krewnych starszy Longbottom. Zbyt łatwo było uznać wznoszone przez wuja modły za jego małe dziwactwo, zamiast faktycznie poświęcić im chwilę uwagi. Teraz płacił cenę za własną głupotę.
— Słyszałem, że miał ich wiele? — Zerknął pytająco na czarodzieja, bo nie był pewny swej odpowiedzi. Nie przypominał sobie też żadnych konkretnych mitów, które traktowałaby o liczebności zeusowego potomstwa. — Skoro jego partnerką była Hera, bogini małżeństw, to podejrzewam, że nie kończyły one zbyt dobrze. — Odrzuć boga, a go urazisz. Przyjmij boga do swojego łoża, a ryzykujesz gniew jego boskiej żony. Sytuacja bez wyjścia. — Może nie tyle śmierć, co bardziej... Poczucie straty? W końcu Hades nie był bogiem śmierci. Od tego mieli jakiegoś innego typa. — Jak na niego wołali? Tego już nie kojarzył. — Hades był jak wyniesiony dozorca, który odpowiadał za miejsce w którym przebywali zmarli.
Z dwojga złego już chyba lepiej było przeżywać czyjąś śmierć niż zaginięcie ukochanej osoby. Gdy ktoś po prostu znikał bez śladu i nie sposób było go wytropić, była to dużo większa strata dla rodziny. Przez brak poszlak czy dowodów niektórzy krewni nie potrafili poradzić sobie ze stratą. Pomimo zaledwie kilku lat stażu w Ministerstwie Magii, Erik zdążył już spotkać kilka takich sytuacji. Ludzie trzymali się nadziei, a bez ciała czy odpowiednich zeznań, ta powoli kwitła, zapuszczając korzenie coraz głębiej. Pod tym względem śmierć była łatwiejsza. Bolesna, ale przynajmniej sam pogrzeb i wspólne pożegnanie zmarłego potrafiło przynieść, chociaż minimalne ukojenie.
— Boskość ma w sobie coś z grzechu, a grzeszność z boskości. To jak ze światłem i ciemnością, ''białą'' i ''czarną'' magią. Jedno nie może istnieć bez drugiego — odparł, mimowolnie zerkając ku wargom Anthony'ego, między którymi zniknął kawałek owocu. Co rusz przesuwał jednak wzrok na boki, jakby to robiło jakąkolwiek różnicę. Skinął głową na wzmiankę o kolacji. — Urlop w kurorcie, masaż, basen, wystawna kolacja — wyliczał powoli konspiracyjnym szeptem, jak gdyby dzielił się z Anthonym jakimś przełomowym odkryciem, które wcześniej mu umknęło. — Co będzie dalej? Deser? Śniadanie do łóżka? — Spojrzał na niego pytająco, unosząc delikatnie lewą brew. Nie trzeba by było proponować mu tego dwa razy; miał naturalną słabość do słodyczy, poza tym sama wizja czarodzieja serwującego mu śniadanie była mu nader... miła. — Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni ktoś mnie tak rozpieszczał. Każdy w twojej świcie ma zapewnione takie rozrywki?
A może aż tak dobrze się spisałem?, pomyślał, starając się stłumić pewny siebie uśmiech, jaki wykwitł na jego ustach.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞