01.04.2024, 02:15 ✶
Cokolwiek oni tam z Murtaghem robili, ona nie zwracała na to uwagi. Nauczyła się, że cokolwiek to nie było - zwykle sprowadzało się do czegoś absolutnie durnego i bez jakiegokolwiek sensu, jakby bicie się było jedyną formą rozrywki w ich mniemaniu. Kiedy natomiast Mulciber nikogo nie szturchał, popychał, czy zabierał spod nich krzeseł, był denerwujący w zupełnie inny, ale równie intensywny sposób. Był zwyczajnie nadgorliwy i tak jak McKinnon lubiła ludzi, którzy potrafili używać mózgu, tak on robił to z obrzydliwą manierą kogoś, kto był dobry w tylko dwóch rzeczach; 1. opanowywania interesujących go tematów do podręcznikowej perfekcji, która często sprowadzała się do wypluwania z siebie wyuczonych formułek bez zastanowienia, 2. byciu irytującym we wszystkim co robił.
Nie raz obydwoje podnosili dłonie ku górze, bo z jakiegoś powodu wróżbiarstwo było jedyną dziedziną, która faktycznie ich interesowała. Ona spokojnie, z pewnym rozleniwieniem, a on jakby jutra miało nie być. Często też, w ogóle na nic nie czekał, tylko gadał te swoje sztywne formułki i nawet nie w rozbudowanej formie, tylko tej skondensowanej i jak najprostszej, jakby w jego głowie na przód wyrywała się zasada; im szybciej tym lepiej.
Często też, ich droga nauczycielka wróżbiarstwa, patrzyła na niego wtedy zniesmaczona i odprawiała go bez słowa, wskazując do odpowiedzi ją, a Rosie wtedy z właściwą dla siebie manierą znużonej zrachowaniami chłopców dziewczyny, rozbudowywała te wszystkie jego instrukcje, przekładając je dodatkowo na ludzki język. Tak, żeby każdy siedzący w sali je rozumiał.
Jej zielone spojrzenie umknęło w bok tylko na chwilę, kiedy szedł w jej stronę, akurat w momencie gdy wsunął Dianie do dłoni tajemniczy liścik. Nie pierwszy raz widziała jak to robił i mimo że kusiło ją, by zapytać koleżankę o co właściwie chodziło, jakaś jej część zapierała się przed tym. Cokolwiek knuł Mulciber, absolutnie jej nie obchodziło.
Wydała z siebie pełne niezadowolenia burknięcie, kiedy odezwał się do niej, ostentacyjnie odwracając głowę w bok, byle dalej spojrzeniem od niego, ale Alexander miał własne plany na tę ich posiadówkę, zamiast zająć się zadaniem wyznaczonym przez nauczycielkę.
Spojrzała w dół, na jego łokieć, który sunąć po ławce, przekraczał właśnie niewidzialną granicę, która dzieliła blat na równe połowy. Powoli też zbliżał się do końca strefy neutralnej, bo w głowie Rosie całe to biurko podzieliła właśnie na trzy części; jej, jego i znajdującą się pośrodku, gdzie ewentualnie któreś z nich z jakichś powodów mogło się znaleźć, ale nie mogło jej absolutnie przekroczyć. Cóż, Mulciber robił sobie z jej wyimaginowanych granic absolutnie nic. Nie pierwszy, nie ostatni raz.
Rosie podniosła spojrzenie z jego łokcia, który właśnie dźgał ją w jej własny, spoglądając Alexandrowi w te jego głupie, niebieskie oczy. Poruszyła piórem między palcami, a potem zamachnęła się, wbijając jego końcówkę w natrętny łokieć chłopaka, zaciskając przy tym na moment zęby, ale oprócz tego nawet na moment nie zmieniając obojętnego wyrazu twarzy i niezadowolonego spojrzenia.
- McKinnon! Co wy tam robicie na Merlina! - obruszyła się nauczycielka, spoglądając na nich, kiedy gdzieś nad szeptami omawianego zadania, podniósł się głuchy dźwięk jaka wydała ławka przez uderzenie w jego łokieć, bo w gruncie rzeczy Rosie wcale nie zrobiła tego lekko.
- Przepraszam pani profesor! Jakaś okropnie natrętna mucha nam tutaj latała! - odpowiedziała najsłodszym głosikiem, uśmiechając się do kobiety przepraszająco, ale kiedy tylko jej spojrzenie wróciło na siedzącego z nią chłopaka, znowu spoważniała.
- Nie mam na to czasu. To wystarczy? Może byś się tak zajął zadaniem, co?
Nie raz obydwoje podnosili dłonie ku górze, bo z jakiegoś powodu wróżbiarstwo było jedyną dziedziną, która faktycznie ich interesowała. Ona spokojnie, z pewnym rozleniwieniem, a on jakby jutra miało nie być. Często też, w ogóle na nic nie czekał, tylko gadał te swoje sztywne formułki i nawet nie w rozbudowanej formie, tylko tej skondensowanej i jak najprostszej, jakby w jego głowie na przód wyrywała się zasada; im szybciej tym lepiej.
Często też, ich droga nauczycielka wróżbiarstwa, patrzyła na niego wtedy zniesmaczona i odprawiała go bez słowa, wskazując do odpowiedzi ją, a Rosie wtedy z właściwą dla siebie manierą znużonej zrachowaniami chłopców dziewczyny, rozbudowywała te wszystkie jego instrukcje, przekładając je dodatkowo na ludzki język. Tak, żeby każdy siedzący w sali je rozumiał.
Jej zielone spojrzenie umknęło w bok tylko na chwilę, kiedy szedł w jej stronę, akurat w momencie gdy wsunął Dianie do dłoni tajemniczy liścik. Nie pierwszy raz widziała jak to robił i mimo że kusiło ją, by zapytać koleżankę o co właściwie chodziło, jakaś jej część zapierała się przed tym. Cokolwiek knuł Mulciber, absolutnie jej nie obchodziło.
Wydała z siebie pełne niezadowolenia burknięcie, kiedy odezwał się do niej, ostentacyjnie odwracając głowę w bok, byle dalej spojrzeniem od niego, ale Alexander miał własne plany na tę ich posiadówkę, zamiast zająć się zadaniem wyznaczonym przez nauczycielkę.
Spojrzała w dół, na jego łokieć, który sunąć po ławce, przekraczał właśnie niewidzialną granicę, która dzieliła blat na równe połowy. Powoli też zbliżał się do końca strefy neutralnej, bo w głowie Rosie całe to biurko podzieliła właśnie na trzy części; jej, jego i znajdującą się pośrodku, gdzie ewentualnie któreś z nich z jakichś powodów mogło się znaleźć, ale nie mogło jej absolutnie przekroczyć. Cóż, Mulciber robił sobie z jej wyimaginowanych granic absolutnie nic. Nie pierwszy, nie ostatni raz.
Rosie podniosła spojrzenie z jego łokcia, który właśnie dźgał ją w jej własny, spoglądając Alexandrowi w te jego głupie, niebieskie oczy. Poruszyła piórem między palcami, a potem zamachnęła się, wbijając jego końcówkę w natrętny łokieć chłopaka, zaciskając przy tym na moment zęby, ale oprócz tego nawet na moment nie zmieniając obojętnego wyrazu twarzy i niezadowolonego spojrzenia.
- McKinnon! Co wy tam robicie na Merlina! - obruszyła się nauczycielka, spoglądając na nich, kiedy gdzieś nad szeptami omawianego zadania, podniósł się głuchy dźwięk jaka wydała ławka przez uderzenie w jego łokieć, bo w gruncie rzeczy Rosie wcale nie zrobiła tego lekko.
- Przepraszam pani profesor! Jakaś okropnie natrętna mucha nam tutaj latała! - odpowiedziała najsłodszym głosikiem, uśmiechając się do kobiety przepraszająco, ale kiedy tylko jej spojrzenie wróciło na siedzącego z nią chłopaka, znowu spoważniała.
- Nie mam na to czasu. To wystarczy? Może byś się tak zajął zadaniem, co?
she was a gentle
sort of horror
sort of horror