Czy było to zabawne? Była to kwestia priorytetów, Cain w końcu pracował w służbach specjalnych, tropił czarnoksiężników, niekoniecznie miał za zadanie niańczyć mugoli. Czym było życie jednego człowieka ponad życie wielu, uprzedzenie takich Śmierciożerców w ich drodze do etnicznej czystki, deratyzacji szkodników, dezynsekcji karaluchów. Zboczenie ze ścieżki mogło być opłakane w skutkach, ba – mogło sprawić, że tryby przeznaczenia się uruchomią, odpowiedni czas i miejsce zaklina w machinie wszechświata i…
Ale nic się szczególnego nie stało. Cain ułożył zwałowisko tak, by na pierwszy i drugi rzut oka przypominało, że stało się to samo, wyciągnął dłoń do mężczyzny, którego właśnie ratował, a ten nieco nieprzytomnie złapał się go i stęknął, chyba tylko siłą woli i adrenaliny znajdując siły, by się podnieść. Jego noga zdecydowanie była złamana – choć na te szybkie oględziny nie wyglądało to na złamanie otwarte. Kijów od krzesła ani połamanych prętów zbrojeniowych też nigdzie nie było, były tu mniejsze kawałki, ale niezbyt nadające się do tego, by mogły posłużyć za podporkę. Może tam głębiej… ale Cain wiedział, że stracił już za dużo czasu.
– Dziękuję. Dziękuję, ja… – mężczyzna wziął głęboki oddech, ewidentnie był wymęczony, przerażony i w szoku. Nie wiedział co się dzieje, ani co dokładnie Cain wyczyniał (a wyczyniał przecież przed jego oczami), a gdy przed jego twarzą zawisnął kamień na rzemieniu, automatycznie na niego spojrzał. – Dzielny, tak – powtórzył za nim cicho, nieco nieprzytomnie, gdy oczy wodziły za huśtającym się kamieniem. Pokiwał powoli głową. Bletchley zręcznie, choć miał mało czasu, czyścił jego pamięć, modyfikował wspomnienia – na szczęście nie było tego dużo, nie musiał więc siedzieć tutaj nie wiadomo ile czasu i go marnować. A po wszystkim się odwrócił – zaś mężczyzna zachowywał się jakby go nie widział i sam rozglądał się za czymś, na czym mógłby się wesprzeć. Czy zajmie mu to minutę, czy może jednak dłużej…? O tym Cain może dowie się później.
Albo nigdy.
Ciemnowłosy cofnął się na przejście, którym się tutaj dostał, z powrotem na te bardziej rozbiegania część ulicy. Niewiele się tam zmieniło – może tyle, że karetka wjechała na chodnik, tarasując całą drogę tak, że żeby dostać się do "centrum" tego zamieszania, należało wejść na ulicę. Tam z kolei stał rząd samochodów – część spalonych, część zniszczonych, gdy kawałki gruzu spadły na szyby, maski czy dachy. Zamieszanie było widoczne z daleka, krzyków było jakby więcej, ratownicy uwijali się jak mrówki, ale to nie było wszystko. Jakiś człowiek, mężczyzna, biegł ulica w dół, w stronę przeciwną do zbiegowiska. Za nim biegło dwóch milicjantów i coś krzyczeli.
Padł strzał – jednak facet biegł dalej.