Zwierzęca forma była piękna, pozbawiona była jednak możliwości rozmowy na tym ludzkim poziomie, gdzie było tyle pięknych słów, by opisać swoje myśli i uczucia, a nie każdy gest i ukłucie instynktu wystarczało do porozumienia się. Bo nie byli zwierzętami. Kochali je, dbali o nie i o naturę być może jak nikt inny, bo nikt inny tak jej nie poznał, nie rozumiał i nie doświadczył jak oni – do tego stopnia, że ich rodzina poznała sposób, jak te naturę zakrzywić jeszcze bardziej. Nie byli pierwsi ani jedyni – a przynajmniej Guinevere miała swoją teorię, że starożytni bogowie Egiptu musieli posiadać podobne zdolności, a ludzie zobaczyli w nich pierwiastek siły i boskości i wynieśli w panteonie. A może to ci bogowie nauczyli egipskich magów jak osiągać formy pośrednie – tak czy siak coś podobnego w historii miało już miejsce. Zwierzęce cechy pozwalały jednak na doświadczanie świata w zupełnie inny sposób, niż ludzkie, stępione zmysły.
– To nic. Oddychaj, spokojnie. Zamknij oczy, pozwól by cię obmyły i spłynęły. Uspokój umysł – nie miała bladego pojęcia czy to pomoże, ale spanikowanym ludziom często to pomagało: zamknięcie się na bodźce, skupienie na jednej rzeczy… – Malcolm na dwójkę rodzeństwa, Minerwę i Roberta – doprecyzowała cicho, nie zważając zanadto na to, że Sam tak się do niej przytulił, a właściwie był obcym facetem. Obcym… i jednocześnie wcale nie.
Dość machinalnie pozwoliła, by jej jasnobrązowe oczy zmieniły się w te złote, o pionowych źrenicach – jak oczy kota, w którego zmieniała się najchętniej. Zauważała wtedy więcej, wyraźniej, najdrobniejsze zmiany, ruch… Tak jak to, jak płynnie ciało Samuela zaczęło się zmieniać, przechodzić z jednej formy w drugą – ogromną – i z jaką delikatnością nadal się do niej przytulał i osiadł na zadzie, chcąc ciągle być na tym samym poziomie. Ginny czuła pod palcami futro. Teraz już rozumiała o co mu chodziło z tym futrem wtedy, przedwczoraj, gdy o tym mówił. Pachniał… mocno. Obezwładniająco zwierzęco, lasem, trawą, ziemią… A ona gładziła jego szeroki kark jeszcze przez chwilę, nim nie odsunęła się na krok do tyłu, a jej dłonie z jego szyi przeniosły się na misiowy łeb. Przyglądała mu się przez moment, próbując dopasować nazwę zwierzęcia do tego, co widziała przed sobą.
– W Egipcie nie ma takich zwierząt – przyznała w końcu nieco nieśmiało i zmrużyła te kocie oczy w uśmiechu. – Zakładam, że ta forma… żyje w lesie? – a mało po lasach w Anglii chodziła. Teraz jednak była w kropce, zaś jej dłonie nieco bezwiednie przeniosły się na te słodkie, okrągłe uszy misia i zaczęła je miziać dokładnie tak, jak miziałaby uszy kota.