01.04.2024, 22:06 ✶
Zachichotała, ale już nie złośliwie, a zwyczajnie rozbawiona tyradą, jaką wystosowała jej panna przegrana. Było dla blondynki coś niezwykle urokliwego w tym, jak dużo kuzynka przeklinała, bo kiedy tak się nad tym wszystkim zastanawiała, to chyba ciężko było jej wskazać osobę, która z podobną manierą rzucała kurwami, pierdoleniem i jebaniem na prawo i lewo z takim zacięciem i prostotą.
- Wyobraź sobie co by było, jakbym miała trzecie oko - rzuciła wciąż się podśmiechując, ale też z odrobinę kwaśniejszą miną niż jeszcze przed paroma uderzeniami serca, bo właśnie mówiła o przypadkach z własnego doświadczenia. Nawet jeśli jej partner do rozgrywek, z którym w ogóle te gry opracowywała, zarzekał się że to swoje trzecie oko zamykał, to ona wiedziała swoje i absolutnie mu nie wierzyła. Tym bardziej, ze tak jak z Millie, z Alexandrem też chętnie się zakładała, a on bardzo lubił wygrywać od niej konkretne rzeczy.
Ponad wszystko jednak Mulciber uwielbiał mieć rację, a wygrana była kolejną formą podbicia własnego ego.
- Lubi mnie, co ja ci na to poradzę - wzruszyła ramionami z cwaniackim uśmiechem, ani nie zaprzeczając tym oskrażeniom, ani też ich nie potwierdzając. - Pamiętaj, żeby go nadmiernie nie stresować. Może powinnaś sobie na ten czas zrobić przerwę od szafowanie rynsztokową łaciną? Negatywne słownictwo podobno działa u nich na niekorzyść. - zacmokała, niby to zatroskana całą tę sytuacją, leniwie znowu przekładając karty. - A co, aż tak się rwiesz do brania udziału w obchodach? Może uda ci się załapać jakąś krótką przerwę? Tylko uważaj, żeby ci mrówki do dupy nie nawchodziły. A co do tego mojego kogoś... - Rosie uniosła delikatnie brwi, wspominając o rzeczonym jegomościu, ale Millie wcale nie potrzebowała być wybitna w obchodzeniu się z ludźmi, żeby wyłapać nutę niechęci w głosie blondynki. Cokolwiek ten ktoś zrobił, była na niego właśnie śmiertelnie obrażona. - Jestem pewna że absolutnie świetnie będzie się bawił nadziewając na pal kwiatową waginę jakiejś całkowicie przypadkowej panny, na zdrowie mu, niech go kurwa mać, pies to jebał...! - pełen napięcia ton, dyktujący głoski z sadystyczną dokładnością przełamał się w pewnym momencie, kiedy karty zaczepiły się o palce w mało poręczny sposób, wypluwając na dzielący kobiety stolik Piątkę Pucharów. I zaraz po tym, jak ilustracja objawiła się w pełnej krasie, McKinnon uderzyła w kartę pięścią, jakby chciała ją za tą niesubordynację ukarać. - Nie idę. I gdyby nie to, że powiedziałaś że pracujesz, tobie też bym radziła to samo, moje ty Najdroższe Utrapienie... - jej głos stawał się coraz miększy, z każdym kolejnym słowem, dochodząc wreszcie do wręcz troskliwej łagodności.
Bo Ambrosia mogła być w tym momencie śmiertelnie obrażona na Alexandra, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, kiedy robił rzeczy z troski, a nie dlatego by poczuć się panem sytuacji. I kiedy nie tak dawno czytała wysłany do niej list, ostrzegający ją przed poczynaniami Beltane, z pewną niechęcią przyznała przed samą sobą, że może warto było go posłuchać. Nawet jeśli absolutnie nie miała zamiaru informować go o swojej decyzji.
A Millie, cóż, zapytała i ta delikatna strona McKinnon nie pozwalała jej tak zwyczajnie powiedzieć kuzynce, żeby się dobrze bawiła, bo na pewno będzie miała pełne ręce roboty. Nie wiedziała może co takiego miało się stać, ale intuicja zwyczajnie podpowiadała jej, że było to coś co zdecydowanie mogło ją przerastać.
- Wyobraź sobie co by było, jakbym miała trzecie oko - rzuciła wciąż się podśmiechując, ale też z odrobinę kwaśniejszą miną niż jeszcze przed paroma uderzeniami serca, bo właśnie mówiła o przypadkach z własnego doświadczenia. Nawet jeśli jej partner do rozgrywek, z którym w ogóle te gry opracowywała, zarzekał się że to swoje trzecie oko zamykał, to ona wiedziała swoje i absolutnie mu nie wierzyła. Tym bardziej, ze tak jak z Millie, z Alexandrem też chętnie się zakładała, a on bardzo lubił wygrywać od niej konkretne rzeczy.
Ponad wszystko jednak Mulciber uwielbiał mieć rację, a wygrana była kolejną formą podbicia własnego ego.
- Lubi mnie, co ja ci na to poradzę - wzruszyła ramionami z cwaniackim uśmiechem, ani nie zaprzeczając tym oskrażeniom, ani też ich nie potwierdzając. - Pamiętaj, żeby go nadmiernie nie stresować. Może powinnaś sobie na ten czas zrobić przerwę od szafowanie rynsztokową łaciną? Negatywne słownictwo podobno działa u nich na niekorzyść. - zacmokała, niby to zatroskana całą tę sytuacją, leniwie znowu przekładając karty. - A co, aż tak się rwiesz do brania udziału w obchodach? Może uda ci się załapać jakąś krótką przerwę? Tylko uważaj, żeby ci mrówki do dupy nie nawchodziły. A co do tego mojego kogoś... - Rosie uniosła delikatnie brwi, wspominając o rzeczonym jegomościu, ale Millie wcale nie potrzebowała być wybitna w obchodzeniu się z ludźmi, żeby wyłapać nutę niechęci w głosie blondynki. Cokolwiek ten ktoś zrobił, była na niego właśnie śmiertelnie obrażona. - Jestem pewna że absolutnie świetnie będzie się bawił nadziewając na pal kwiatową waginę jakiejś całkowicie przypadkowej panny, na zdrowie mu, niech go kurwa mać, pies to jebał...! - pełen napięcia ton, dyktujący głoski z sadystyczną dokładnością przełamał się w pewnym momencie, kiedy karty zaczepiły się o palce w mało poręczny sposób, wypluwając na dzielący kobiety stolik Piątkę Pucharów. I zaraz po tym, jak ilustracja objawiła się w pełnej krasie, McKinnon uderzyła w kartę pięścią, jakby chciała ją za tą niesubordynację ukarać. - Nie idę. I gdyby nie to, że powiedziałaś że pracujesz, tobie też bym radziła to samo, moje ty Najdroższe Utrapienie... - jej głos stawał się coraz miększy, z każdym kolejnym słowem, dochodząc wreszcie do wręcz troskliwej łagodności.
Bo Ambrosia mogła być w tym momencie śmiertelnie obrażona na Alexandra, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, kiedy robił rzeczy z troski, a nie dlatego by poczuć się panem sytuacji. I kiedy nie tak dawno czytała wysłany do niej list, ostrzegający ją przed poczynaniami Beltane, z pewną niechęcią przyznała przed samą sobą, że może warto było go posłuchać. Nawet jeśli absolutnie nie miała zamiaru informować go o swojej decyzji.
A Millie, cóż, zapytała i ta delikatna strona McKinnon nie pozwalała jej tak zwyczajnie powiedzieć kuzynce, żeby się dobrze bawiła, bo na pewno będzie miała pełne ręce roboty. Nie wiedziała może co takiego miało się stać, ale intuicja zwyczajnie podpowiadała jej, że było to coś co zdecydowanie mogło ją przerastać.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror