Znaczy? Co znaczy i dlaczego? Chciała to wiedzieć, jednak nie zadała na głos tego pytania, nie chcąc przeciągać już i tak naciągniętej struny. Przestrzeń. Wiedziała i rozumiała (nauczyła się go już na tyle), że Sauriel potrzebuje przestrzeni i dawkowania… Nie tyle, co dawkowania informacji co jakichś takich bodźców, zwłaszcza tak mocnych jak uczucia. Ich uczucia – porozsypywane gdzieś po podłodze tak, że trzeba je było pozbierać do wiaderka, a Victoria najchętniej zebrałaby je do wazonu i wręczyła Saurielowi. Ale nie gwałtownie, co to, to nie. Nie posunęłaby się do tego, by nazwać… cokolwiek się działo w jego sercu – głupim. Ani jego zachowanie, ani tym bardziej uczucia. Zachowanie było dla niej niezrozumiałe i oddałaby wiele, by zrozumieć, naprawdę bardzo się starała, próbowała na to spojrzeć też z innej perspektywy, ale to wcale nie było proste, a Sauriel tego nie ułatwiał – ale Victoria się nie poddawała. I nigdy nie dała mu odczuć, że cokolwiek robi i mówi, uważa za głupie, bo nie uważała.
Kiwnęła za to głową, widząc, że się napuszył i najeżył jak rasowy kocur, jakby się bronił przed spodziewanym uderzeniem z jej strony, nawet takim mentalnym, ale ono nie nadeszło. Sauriel odwrócił wzrok, jakby jej spojrzenie miało go przeniknąć na wskroś, wprost przez jego duszę, a to przecież jego czarne jak sama otchłań oczy na co dzień sprawiały takie wrażenie – jakby pożerał twe jestestwo samym spojrzeniem, jakby się człowiek miał zapaść w otchłań może nawet samego piekła… Lecz nie. Te piękne, bezdenne oczy umknęły przed jej spokojnym, ciepłym spojrzeniem. Może faktycznie czuł się niepewnie… Ale Victoria jedyne co chciała zrobić, to ściągnąć z jego ramion ten ciężar i złość, które sprawiły, że taki nabuzowany ją odwiedził. I chyba się udało – przynajmniej w jakimś stopniu. Lestrange uśmiechnęła się pod nosem. Sauriel tak się tego wszystkiego bał, a prawda była taka, że już stał się częścią jej świata i życia, pewnym filarem, który przez długi czas utrzymywał ją na powierzchni i tylko dzięki niemu w ogóle jeszcze żyła. Dosłownie. Chociaż i ona potrzebowała czasu, by to sobie uświadomić i przed sobą przyznać.
Zwierzęta może i różnie reagowały, ale to był mały kociak, który dopiero uczył się świata. Ciekawa wszystkiego kulka, choć jeszcze z ostrożnością podchodziła do Victorii, to nie uciekała przed jej chłodem – raczej po prostu przed nieznajomym zapachem. Z Saurielem zapewne nie mogło być mocno inaczej. Pomijając, że śmierdział właśnie dymem papierosa, którego dopiero co wypalił (a który od jakiegoś czasu tak podobał się Victorii…), był równie zimny co i ona, a kociak złapany w czułe, męskie dłonie nie wyrywał się, tylko nieco niepewny, nieco zaciekawiony i tylko odrobinkę przestraszony rozglądał się na boki, na oddalający się świat i przybliżającego Sauriela, który zaraz zaczął głaskać śmieszne, bo kociakowe jeszcze futerko na grzbiecie kici. Mruczenie było głośne niczym hałas mugolskiego traktora na polu.
– Gdzie ja ci znajdę opiekunkę kocich dzieci – odparła, spoglądając z pewnym zainteresowaniem na czułości wymieniane pomiędzy Saurielem a (chyba) Luną. – Zresztą. Już na bank widzę, jak tu byle kogo wpuszczam, żeby mi po domu myszkował – bo wbrew opinii Sauriela, Victoria wcale nie była taka ufna i nie chciała, żeby obcy ludzie kręcili jej się po domu. – Ładnie ci z tym kotem, twarzowo – rzuciła zaczepnie. Niektórzy ludzie rzucali takie uwagi do bezdzietnych kobiet, albo par, które swoich dzieci nie miały, a zajmowały się na jakichś urodzinach czy innej imprezie rodzinnej dzieckiem siostry, kuzyna albo innego spowinowaconego. Ale uwaga Victorii w tym wypadku była miła, a nie miała być żadnym przytykiem.