• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Alex

[15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Alex
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#14
02.04.2024, 02:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.04.2024, 03:44 przez Ambrosia McKinnon.)  
Za każdym razem kiedy przychodziło jej wspominać o schodach czuła się absolutnie zażenowana. W dziwny, irytujący sposób wybijał ją z równowagi fakt, że konstrukcja tak prosta w obsłudze potrafiła sprawiać aż tak dużo problemów. Kamienne, kręcące się wzdłuż ścian wiekowych wież, wydawały się posiadać jakąś magnetyczną siłę, która pobudzała jej wizje. Te drewniane natomiast, psotliwie poruszające się podług własnej woli, wysyłały ją natomiast często dokładnie tam, gdzie sobie tego nie życzyła, a ona, zbyt pochłonięta światem we własnej głowie, za późno się w tym orientowała. Dlatego w pewnym momencie, zaczęła po nich biegać, albo przynajmniej narzucać sobie szybki, trochę nerwowy krok, jakby pokonanie ich naprędce miało rozwiązać wszystkie jej problemy. Jakby uważała, że limbo nie mogło jej wtedy dogonić, a ruchome schody wystarczająco szybko zdecydować się na obrazie niewłaściwej konfiguracji. To nerwowe pokonywanie kolejnych stopni często jednak kończyło się w trzeci, równie kompromitujący sposób, a mianowicie potykaniem się i przewracaniem, a nawet i spadaniem.

Ale Alex to wiedział. Ale mimo tego jej policzki różowiły się lekko, kiedy jej duma wzdychała zmartwiona, że znowu musiała się do tego przyznać. Nie raz pociągał ją za sobą w ostatnim momencie, zmuszając do wejścia na inny rząd stopni niż miała zamiar, co pomimo jego dobrych intencji traktowała z pewnym rozdrażnieniem, a potem i śmiechem. Bo równie często co nadawał jej nowy kurs, zbyt zadowolony z własnego osiągnięcia, sam gubił stopnie i lądował u jej stóp. Ale nawet jeśli posyłała mu wtedy szyderczy uśmiech, nigdy nie była w stanie faktycznie z niego w tych momentach kpić. Bo przecież robił do dla niej.

To były te jego drobne momenty, kiedy przychylał jej nieba, a jednocześnie Rosie pozostawała niezmiennie zafascynowała faktem, że nawet na chwilę nie był w stanie pozbyć się swojej maniery aroganckiego chłopca z dobrego domu. Chłopca, który na te swoje prekognicyjne sztuczki łapał przecież niejedną pannę.

Ale może czuła się w tych momentach nieco bardziej jego niż każda inna dziewczyna, bo swego czasu znalazł ją na schodach prowadzących do wieży zegarowej. Jednak pomimo tego, że chwila ta stała się dla nich początkiem czegoś nowego, pamiętała ją jak przez mgłę. Skulona na schodach zaciskała zapłakane oczy, nie chcąc zwyczajnie patrzeć na to, co działo się dookoła, wsłuchując przy tym we własny szloch, w brzmieniu dla niej spotęgowany przez to, że zatykała rozpaczliwie uszy. Tak na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że coś niepożądanego miało do niej dotrzeć.
Pamiętała jego stłumiony przez dłonie głos, ale nie była w stanie przywołać tego, co do niej wtedy mówił. A potem otoczyło ją ciepło, kiedy okrył ją swetrem, usiadł obok niej i objął ramieniem. Reszta umykała jej i prawdę powiedziawszy, przez długi czas zwyczajnie miała mu za złe, że został z nią wtedy na tych schodach, bo ostatnie czego chciała to żeby Mulciber się nad nią litował.

Ale oboje byli przeklęci. A tego typu rzeczy wiązały ze sobą ludzi na zawsze.

Byli wciąż dzieciakami, a zdawali się w dziwny, podskórny sposób rozumieć ciężar, jaki los złożył na ich barkach i im lepiej się docierali, im dłużej spędzali czas w swoim towarzystwie, tym lepiej szło im rozumienie które problemy należały do natury tych błahych i całkiem głupiutkich, a które natrętnie ocierały się o ich słabości.

A mimo tego, że przestała go ostentacyjnie od siebie odtrącać, dopiero w ostatnie wakacje mogła powiedzieć że byli kwita, jeśli chodziło o odrobinę żenujące wypadki, które fundowały im ich przekleństwa. To nie było tak, że nigdy wcześniej nie widziała jak Alexander doświadczał wizji, bo te zdawały przemykać mu przed oczami równie często co przelotnie. Drobne wskazówki od losu, które pozwalały mu zachować urok i tajemniczość pokrzywdzonego przez los podrywacza. Ale kiedy ostatnie lipcowe słońce grzało ich w plecy, podczas gdy siedzieli rozbawieni na zielonej trawie, wizja przyszła w sposób, którego się nie spodziewała. Ale przecież powinna, bo jej matka, obdarzona takim samym darem, reagowała czasem w podobny sposób. I kiedy pod Mulciberem ugięły się nogi, początkowo zachłysnęła się strachem, nerwowo próbując przywrócić go do rzeczywistości.
Ale potem, kiedy chłód realizacji wreszcie na nią spłynął, zaczęła szeptać mu do ucha uspokajające słowa, cierpliwie czekając, aż do niej wróci. Ułożyła wtedy jego głowę na swoich kolanach, pochylając się nad nim, odgarniając włosy z czoła i przyglądając się nagle zmęczonej twarzy. Pamiętała, jaki wtedy wydał jej się delikatny i w pewien sposób obcy, bo nawet jeśli dla niej był inny, to wciąż lubił zgrywać twardziela na milion możliwych sposobów.

Mama czasem mówiła jej, że odpowiednio złożona na czole pieszczota, była w stanie zapewnić jasność myśli; czasem rozmasowywała jej palcami to miejsce na głowie, tłumacząc że to pomaga się rozluźnić i oczyścić umysł, a innym razem całowała ją delikatnie, mrucząc pod nosem wyjaśnienie, jakoby ten drobny gest miał uspokoić jej trzecie oko, by nie zwodziło jej niepotrzebnie. I nawet jeśli Ambrosia nie posiadała tego daru, czasem czuła jakby ta drobna czułostka faktycznie jej pomagała. I dlatego, wiedziona jakimś troskliwym impulsem, pochyliła się nad nim, delikatnie składając na jego czole pocałunek.

Pierwszy z wielu, który miał mu pomóc rozjaśnić myśli i uspokoić burzę, która działa się w jego głowie.

Któregoś razu, kiedy siedzieli razem na wieży astronomicznej wpatrując się w gwiazdy, opowiedział jej te cygańskie bajki. I od tego czasu już nigdy więcej nie spoglądała w niebo tak samo, w mrugających oczkach dostrzegając snującą przez niego swego czasu historię. Podoba mi się. Skwitowała wtedy lekko, z pewną melancholią czającą się w głosie, kiedy zadzierała głowę ku górze. I nie dbała o to, że gwiazdy dokonywały swojego żywota, czym ewidentnie chciał popsuć całą tą piękną wizję. Nawet jeśli umierają, póki tego nie zrobią, wciąż je widzimy. A kiedy przyjdzie ich czas, zmieniają się chyba w coś nowego, prawda? Karły... mgławice... nawet jeśli nie są już gwiazdami, ich energia wciąż pozostaje w innej formie. Nawet na niego nie patrzyła, czując że jedno spojrzenie popsułoby wszystko, co działo się w jej głowie. Bo spoglądanie na migoczące światełka, które znajdowały się zawsze na swoim miejscu, wydawało jej się o wiele lepsze, niż czekanie na limbo. A nawet jeśli faktycznie miałoby się zakończyć na śmierci gwiazdy... nie przeszkadzałoby mi do tego czasu spędzić obok ciebie na niebie parę milionów lat. Spojrzała na niego wreszcie, może odrobinę cwaniacko, ale pod tym gładkim uśmiechem kryła się nieśmiałość związana z tą deklaracją.

To, że mogła widzieć świat takim, jaki był naprawdę, nie znaczyło że tak ochocza była do odrzucenia ładnych wyobrażeń na temat tego, jaki mógł być. Miała do tego smykałkę - do tkania przyjemnych złudzeń, które pozwalały jej lepiej funkcjonować w świecie, który gotowy był się jej sprzeniewierzyć w dowolnym momencie.

To, czego była pewna i nie musiała dosztukowywać sobie do tego odpowiedniej otoczki, był fakt że nigdy nie była w stosunku do niego obojętna. Początkowo czuła niechęć, wynikającą z jakiejś dziwnej potrzeby sprzeniewierzenia się jego aroganckiej naturze i tego, jak wydawał się wokół niej orbitować. Złośliwie, myślała sobie często, bo przecież marzyła o tym, żeby zostawić ją samą ze swoim limbo. Ale on wracał za każdym razem kiedy go odpychała i w końcu zagnieździł się obok niej, a wcześniej żywiona do niego awersja przekształciła się w coś o wiele bardziej przyjemnego. Ale początkowo nie było to zauroczenie - to pojawiło się dopiero później, kiedy poczuła się przy nim zwyczajnie dobrze i doszła do wniosku, że pomimo jego wszystkich wad mogła mu zaufać.

- Dam ci znać, kiedy tylko stanie się to możliwe - uśmiechnęła się do niego, delikatnie kręcąc przy tym głową z niedowierzaniem. Ale przecież już teraz zdarzało mu się to robić, tylko że duchom zupełnie innego rodzaju. Tym o wiele bardziej fizycznym i mającym obrzydliwe uśmiechy chłopaków, którzy uwielbiali z niej żartować. To też były zmory, które czasem dorównywały tym, które czaiły się w limbo.

- Poudawać? Ja nigdy nie udaję - zacmokała niby to zniesmaczona, bo przecież ona zawsze była bardzo poważna, kiedy była na niego akurat zła. Szarpał za jej nerwy, wygrywając na nich znajome melodie, a ona za każdym razem dziwiła się jakby na nowo, że podryguje do ich rytmu.

Zatrzepotała na niego rzęsami, kiedy wyliczał kolejne punkty swojej wycieczki po arkanach dobrego wychowania. Ich sens, przynajmniej w teorii tak doskonale widoczny, umykał jej gdzieś, ze zwinnością zająca kluczącego po polu by zgubić polującego na niego drapieżnika. Jej myśli wędrowały od jednej, do drugiej sekcji, kompletnie pomijając podkreślane przez niego literki. Uśmiechnęła się, kiedy sam prychnął rozbawiony, jednak jej wyraz twarzy mimo szczerych chęci był odrobinę zagubiony.

Nadążasz, McKinnon?

Dopiero wtedy zmrużyła podejrzliwie oczy, z pełną świadomością czując, że coś ją chyba ominęło w tym całym jego wywodzie, a w myślach mimowolnie zadała sobie pytanie, jakiż to sprośny żart właśnie przeleciał jej koło ucha. Dla Mulcibera to musiało być niezwykle fascynujące doznanie, kiedy przyglądał się jak ten niewinny, szczery wyraz jej twarzy zmienia się, kiedy wreszcie wydała z siebie westchnione Oh.

- Jesteś bezczelny - zawyrokowała, ale nie pierwszy raz Alex przecież słyszał od niej podobną deklarację. Ale zamiast trzepnąć go w dłonie, które rozpaczliwie próbowały zapiąć guzik jej bluzki, cierpliwie zaczekała aż skończy, by wyprostować się przed nim nieco w odpowiedzi na jego jakże hojną ofertę. - Dobrze. - zgodziła się, patrząc na niego nie z uroczym rumieńcem, a prowokacją kryjącą się w oczach. - Po każdym jednym schodku, jaki czeka nas w drodze na dół. Tylko się nie zasap - poruszyła brwiami, ściągając usta w szelmowskim uśmiechu, kiedy sama sięgnęła do jego koszuli i sprawnie zapięła mu guzik, a potem wygładziła materiał, palcami jednej z dłoni zbaczając do śladu, który odbiła na białym materiale.

- A ty popraw spodnie - przekrzywiła delikatnie główkę na bok, kiedy na moment zaczęła naśladować jego ruchy, wślizgując się dłońmi pod jego koszulę i palcami zatrzymując się na moment na skórze tuż nad spodniami. Ale zamiast przytrzymać go przy sobie, naparła na niego, chcąc odsunąć od siebie. A kiedy to zrobiła, dokładnie tak jak jej powiedział, poprawiła z pełną nonszalancją mundurek, doprowadzając się do odpowiedniego stanu.

- No, szybciej. Akurat dzisiaj, teraz, nie mam ochoty czekać.


she was a gentle
sort of horror
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (8786), Ambrosia McKinnon (8241)




Wiadomości w tym wątku
[15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Alex - przez Alexander Mulciber - 31.12.2023, 22:58
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 01.01.2024, 02:35
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 02.01.2024, 04:35
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 02.01.2024, 05:47
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 03.01.2024, 17:52
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 03.01.2024, 20:32
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 06.01.2024, 00:12
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 06.01.2024, 02:26
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 11.01.2024, 01:27
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 11.01.2024, 03:59
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 29.01.2024, 03:52
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 29.01.2024, 21:12
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 10.03.2024, 02:59
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 02.04.2024, 02:26
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 07.05.2025, 22:28

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa