02.04.2024, 13:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.04.2024, 20:15 przez Anthony Shafiq.)
– Ach te karty karty... Czasem chłopcze trzeba przyjąć istnienie krupiera i grać tym co się dostaje. – skomentował tylko, gdy zasłony się rozsunęły, a przed nimi zalewitowały dymiące misy, uzupełniające woń shishy o przyprawy i mięsiwa. Sosy o głębokich barwach czerwieni, żółci i zieleni przeplatane były parującymi misami lepkiego ryżu oraz koszami ociekającego czosnkowym masłem lekko nadpalonych naan. W koszyczkach pojawiły się ociekajace tłuszczem warzywne pakory i słodkie, polane lepkim syropem różanym gulab jamun'y – przypominające pączki kulki z dodatkiem zsiadłego mleka. Gnący się w pas mężczyzna polał im z tykwy jasnego choć mętnego figowego wina i odszedł równie nagle jak się pojawił.
Anthony nawet nie odwrócił twarzy w kierunku potraw, ćmiąc tytoń i patrząc na młodego Isaac'a, jak ten gotuje się przed nim, myśląc że gadulstwem i gwałtem cokolwiek osiągnie. Cóż, w szlachetnych żyłach Shafiqua znajdowała się również domieszka krwi Parkinsonów, a Ci z założenia odporni byli na ogień. Również ten wynikający z młodości i temperamentu.
– Jest mi rzeczywiście przykro, skoro założyłeś, że moje intencje nie są szczere. Ot, jesteśmy na drugiej części rozmowy kwalifikacyjnej, czy to grzech uznać, że przyjemniejszą okolicznością byłby wspólny lunch, aniżeli nużąca pogadanka w Twoim ulubionym biurze? – woda bulgotała w przerwach, a srebrzyste oczy obserwowały mowę ciała swojego rozmówcy, mimowolne drganie mięśni, to co kontrolował, co wymykało mu się brakiem doświadczenia, a co chciał pokazać. Kłamca w końcu pozna kłamcę, a Anthony nie rozmawiałby z nim tego dnia wcale, gdyby nie dostrzegł potencjału. W końcu jednak odłożył ustnik i sięgnął do wewnętrznej kieszonki swojej niemalże mugolskiej marynarki, która rychło dała odczuć na sobie swoje czarodziejskie spowinowacenie – kieszeń okazała się o wiele, wiele większa niż zakładałaby na to poszewka i w dłoni Anthony'ego ukazał się numer wczorajszy numer Proroka Codziennego. Przekartkował go z podobną nieznośnie flegmatyczną manierą, by w końcu położyć przed Isaac'iem właściwą stronę z - jak szybko mogło się okazać - bardzo niepochlebnym artykułem na swój temat w związku z rozpoczętymi pertraktacjami z Kambodżą i związaną z tym wizytą tamtejszej dyplomatki.
Anthony dał czas i przestrzeń swojemu stażyście na zapoznanie się z jego treścią i z pewną niechęcią ujął naan aby oderwać sobie kawałek i pomoczyć go w pomidorowym sosie pachnącym koziną. Jedzenia było przed nimi jak dla 6 osób, zapewne był to zestaw degustacyjny, choć sądząc po zasuszonej sylwetce dyplomaty, można było założyć, że nie zje nawet dziesiątej części tego co zostało podane.
Anthony nawet nie odwrócił twarzy w kierunku potraw, ćmiąc tytoń i patrząc na młodego Isaac'a, jak ten gotuje się przed nim, myśląc że gadulstwem i gwałtem cokolwiek osiągnie. Cóż, w szlachetnych żyłach Shafiqua znajdowała się również domieszka krwi Parkinsonów, a Ci z założenia odporni byli na ogień. Również ten wynikający z młodości i temperamentu.
– Jest mi rzeczywiście przykro, skoro założyłeś, że moje intencje nie są szczere. Ot, jesteśmy na drugiej części rozmowy kwalifikacyjnej, czy to grzech uznać, że przyjemniejszą okolicznością byłby wspólny lunch, aniżeli nużąca pogadanka w Twoim ulubionym biurze? – woda bulgotała w przerwach, a srebrzyste oczy obserwowały mowę ciała swojego rozmówcy, mimowolne drganie mięśni, to co kontrolował, co wymykało mu się brakiem doświadczenia, a co chciał pokazać. Kłamca w końcu pozna kłamcę, a Anthony nie rozmawiałby z nim tego dnia wcale, gdyby nie dostrzegł potencjału. W końcu jednak odłożył ustnik i sięgnął do wewnętrznej kieszonki swojej niemalże mugolskiej marynarki, która rychło dała odczuć na sobie swoje czarodziejskie spowinowacenie – kieszeń okazała się o wiele, wiele większa niż zakładałaby na to poszewka i w dłoni Anthony'ego ukazał się numer wczorajszy numer Proroka Codziennego. Przekartkował go z podobną nieznośnie flegmatyczną manierą, by w końcu położyć przed Isaac'iem właściwą stronę z - jak szybko mogło się okazać - bardzo niepochlebnym artykułem na swój temat w związku z rozpoczętymi pertraktacjami z Kambodżą i związaną z tym wizytą tamtejszej dyplomatki.
Anthony dał czas i przestrzeń swojemu stażyście na zapoznanie się z jego treścią i z pewną niechęcią ujął naan aby oderwać sobie kawałek i pomoczyć go w pomidorowym sosie pachnącym koziną. Jedzenia było przed nimi jak dla 6 osób, zapewne był to zestaw degustacyjny, choć sądząc po zasuszonej sylwetce dyplomaty, można było założyć, że nie zje nawet dziesiątej części tego co zostało podane.