Gdyby powiedział Isaacowi prawdę i tylko prawdę, nie ubierał ją w to zepsucie i zgaszenie, które go ogarniało, ten marazm i wyzucie z głębi i delikatności, czy by mu uwierzył? Zgodziłby się z tym, że Laurent miał zbyt niską samoocenę, że nie wierzył w tyle rzeczy i jednocześnie tak mocno sięgał marzeń i wiary, że był jak opuszczony przez łaskę Boga anioł, który modlił się o każde jego spojrzenie, każdy jego gest? Nie wyceniał tego teraz - teraz zastanawiał się tylko, co widzi ten człowiek, którego oczy tak lśnią, że gdyby się w nich przejrzał to na pewno sam uwierzyłby we własne uświęcenie. I dlaczego takim płomieniem da się skusić tylko na piękne ciało, a czemu ten ogień nie może być z tobą zatrzymany na zawsze, kiedy zaczynasz o to żebrać? Czerpał z tego przyjemność przelewaną przez ziarna goryczy, że w autodestrukcji dopuszcza się tego samego. Przyciąga do siebie nieznajomego, chociaż nie brak było ust, które chciałoby zmówić modlitwę na ziemi przed jego nogami. Zaczynał czerpać z tego zupełnie grzeszną satysfakcję innego rodzaju - taką zatruwającą. Czy nad człowiekiem można zyskać władzę i kontrolę, kiedy tak mąciłeś mu umysł?
Laurent aż drgnął, kiedy nagle z tych barwnych, rozgadanych ust wysunęło się to słowo-klucz. I było to bardzo mile widziane zaskoczenie. Uśmiechnął się szeroko, z aprobatą, czując przyjemną falę ciepła rozwlekającą się po ciele. Upił dwa kolejne łyki. Jeszcze dwa kolejne i już będzie mu się kręciło głowie w ten najbardziej nieodpowiedni sposób do tego, żeby komuś zaufać na tyle i... no właśnie. Dać się zaciągnąć gdzie właściwie? Ta myśl rozbiła ciepło i przytłumiła atmosferę, ale nie zabiła jej do końca. Pozwolił obrócić swoją twarz jak lalka porcelanowa, której przeznaczeniem jest idealne prezentowanie się w tych chwilach, gdy najbardziej chcieli cię oglądać. Powiedzieć, że to mu nie schlebiało? To byłoby wielkie niedopowiedzenie. Nierównomiernie wypuścił powietrze z płuc, przez moment wstrzymywane przez chluśnięcie niepewności na to podłoże rozgrzania, by wyobraźnia dopowiadała wszystkie te niemoralne rzeczy, o które Isaac sam się poprosił.
Bo cię szanuję. A co tu było do szanowania? A mimo to... Było coś uspakajającego w tych prostych słowach. Znowu. Przedziwne, jak wiele można ugrać odrobiną szczerości i zwykłym szacunkiem do drugiego człowieka. Szczególnie, kiedy ten sugerował, że chyba niekoniecznie szanował siebie samego.
Dopił swojego drinka, odstawił szklankę i skierował się do szarugi płaczącego miasta, która czekała na nich za drzwiami.
O wiele kolorowiej alkohol już szumiał mu w głowie.