Siedząc w barze, w ciepły, czerwcowy wieczór, obok tak dobrze znajomych jej dziewczyn; śmiejąc się i popijając wyjątkowo mocny trunek, czuła się jak ryba w wodzie. Jej myśli nie błądziły, skupione były na "tu i teraz", pozwalając Sandie zapomnieć na chwilę o wszystkich rzeczach, które każdej nocy okradały ją ze snu. Tylko Bellowie potrafili sprawić, że czuła się po prostu dobrze. Bezpiecznie.
Jack był przystojny, charyzmatyczny i miał w sobie coś, co mimowolnie kazało skupić na nim swój wzrok. Nic dziwnego więc, że i ona oplotła jego sylwetkę maślanym spojrzeniem, a gdy tylko znalazł się w ich towarzystwie, przysunęła się bliżej niego. Rozmawiała, śmiała się i flirtowała, widocznie świetnie się bawiąc, a jednocześnie kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, że jej siostry zauważyły postać odbijającą się w lustrze. Dopiero gdy jedna z nich szturchnęła ją łokciem, by udały się w kierunku toalety, zmarszczyła brwi, przewróciła oczami i potulnie poszła za nimi, w międzyczasie oglądając się za Jackiem i rzucając mu wymowne "zaraz wracamy" – zupełnie jakby obawiała się, że kiedy wrócą, zdąży się ulotnić.
Może właśnie tak byłoby dla nich najlepiej.
— Serio? — jęknęła, delikatnie przymykając za sobą drzwi — Jak wyjdziemy i go tam nie będz- — i urwała w pół zdania, wreszcie natrafiając na odbicie kobiety, która była sprawczynią całego zamieszania. Wysłuchała jej, kręcąc z niedowierzaniem głową, prawdopodobnie wyłącznie dlatego, że Jack najnormalniej w świecie jej się spodobał. Z drugiej strony wychowała się w środowisku, w którym nie brakowało ani popaprańców, ani morderców – dlaczego ta historia nie miała być prawdziwa?
— Do żadnych łapsów nie pójdę — rzuciła stanowczo. Magiczna policja czy nie, już na samą myśl robiło jej się niedobrze. — Poza tym, skąd mamy wiedzieć, że to nie jest jakiś durny żart? Mało tu pojebów? — Zerknęła i na dziewczyny i na ich nową towarzyszkę z lustra. Nie wierzyła, a raczej nie chciała we wszystko wierzyć. Dopóki nie okazało się, że Jack stał przy drzwiach do łazienki, podsłuchując ich rozmowę. Momentalnie oparła się o nie plecami, zamykając je z hukiem. Przeszedł ją nagły, zimny dreszcz. — Udowodnij, że to prawda. — Jakoś. Wbiła nieufny wzrok w dziwną kobietę, jednocześnie rzucając jej wyzwanie. Nie chciała wyjść na głupka, gdyby okazało się, że wszystkie po prostu miały zwidy. Chcąc nie chcąc ona sama trochę zdążyła wypić. Równie mocno nie chciała jednak, żeby cokolwiek im się stało. No i wreszcie, wystarczyło, że Ellie się denerwowała. Gdyby i ona zaczęła panikować, na pewno skończyłyby w piachu, mimo liczebnej przewagi.
darling, your looks can kill, so now you're dead.