Nie wszystko co małe było słodkie: na ten przykład ludzkie noworodki były dalekie od słodkich. A najgorsze w nich było to, że trwały w tym stanie nie–słodkości całkiem długo. Słodkie robiły się może dopiero wtedy, gdy zaczynły chodzić i mówić, do momentu, gdy nie uczyły się pyskować albo zasypywać innych mrowiem pytań; wtedy czar pryskał. Tym niemniej mały kituś, który już był porośnięty czarnym futerkiem, i którego proporcje kończyn nie pasowały do wielkości tułowia i głowy, czy ogona, który miał te swoje maleńkie łapeczki i pazurki niczym igiełki kaktusa, a nie faktyczne kocie pazury, a zęby jak kolejne igiełki i nie potrafił z siebie wydawać jeszcze pełnoprawnego miauku, tylko jakieś piszczące coś… Tak. Kociak był słodki i Victoria nie zamierzała się z tym kłócić, bo na widok tego małego szczęścia spojrzenie miękło jej jeszcze bardziej i uśmiechała się mimowolnie i spokojnie.
A tym bardziej rozmiękła, kiedy patrzyła z jaką delikatnością i czułością Sauriel się z małą Luną obchodził. Kicia trochę niepewnie siedziała na dłoni czarnowłosego, bo było to nowe, bo tak wysoko, bo zapachy, bo wszystko… Victoria zaś oparła się tyłkiem o biurko i po prostu przyglądała w ciszy. Tak, przegrała z własnym kotem, ale tak prawdę powiedziawszy z tym zwierzakiem to nie była żadna konkurencja: oczywiste było, że to Luna wygra, a ona będzie się musiała wycofać pokonana… Dlatego nawet nie zamierzała się w tym momencie o tę atencję bić. Przecież sama chciała ją pokazać Saurielowi, pochwalić się, podzielić swoją radością – a Sauriel mógł być pewien, że chyba od miesięcy, o ile w ogóle kiedykolwiek, nie widział Victorii tak spokojnej i tak… szczęśliwej.
– Pamiętam, mówiłeś mi o gadającym kocie – nawet obiecał jej, że zabierze ją do Nory, bo jak usłyszała o kocie i to jeszcze który gada… Ale to nigdy się nie stało. Tego samego dnia, w którym Sauriel jej to obiecał, Victoria prawie umarła i zaczęła się ta cała parada spierdolenia. – Ale Luna mówić nie będzie. Za to chyba cię polubiła – ale całkiem możliwe, że kitka polubiłaby każdego, była dopiero dwumiesięcznym kociakiem, który dopiero zapoznawał się ze światem, i wszystkiego czego się teraz nauczy, pewnie będzie rzutować na przyszłość. Przystawiona do twarzy otarła się o policzek Sauriela a potem bardzo niepewnie łapkami próbowała nowego podłoża, jakim było jego ramię i dopiero po kilku próbach i chwili zdecydowała się na to ramię wejść – cały czas asekurowana. – Ty i twoja sowa macie ze sobą coś wspólnego – stwierdziła, dając mu takiego lekkiego pstryczka w nos – może i rozmiękła ostatnimi czasy za bardzo, może przestała przy Saurielu pokazywać swój charakterek, ale on ciągle tam był. A teraz zamrugała niewinnie.
Kobieta zapatrzyła się na Sauriela z zastanowieniem wypisanym na twarzy, kiedy zapytał ile płaci. Ale… na pewno chciał? Zapytał o to i pierwsze co przyszło jej do głowy to to, że potrzebował pieniędzy. Drugie to to, że kiedyś miał dostać jej pieniądze, po ślubie, który został odwołany. Trzecie otarło się mocno o rozmowę, jaką kiedyś przeprowadzili, kiedy ona dla zabawy zapytała, czy nie chciały zostać jej dziwką. Los… Lubił sobie kpić, tym bardziej że to tylko potwierdzało, że wcale nie chciał się trzymać z daleka.
– Nie znam się. Ty tak serio? – tak po prawdzie, to z pensji aurora pewnie mogłaby go zatrudnić na pełen etat do całkowicie uczciwej pracy, wcale nie biedowy, i jeszcze by jej sporo zostało. A to… Victoria mu ufała. Nie miała problemu, by tu przychodził, bo akurat przed nim… nie bardzo miała co ukryć. Widział tak wiele i wiedział tak wiele… – A ile byś chciał? – fakt, miałby tutaj spokój. Spokój od rezydencji Rookwoodów, gdzie patrzyli na niego ze strachem, spokój od Nokturnu… Święty spokój tak po prawdzie. I kota, który przyszedłby się pobawić, a potem przytulić… i znowu pobawić. I któremu trzeba by było dać jeść i czasem przypilnować, by nie spadł z szafki… Victoria rozważała to teraz całkowicie na poważnie. – Jeśli tylko chcesz, to zapraszam. Ta mała rozbójniczka chyba też by się ucieszyła.