Różdżka na niewiele się tu zdawała, nie była żadnym radarem odbierającym magię. Nie było zaklęć mogących odczytać ostatnie użyte zaklęcia, jedyne co by się tu przydało, być może, to zdolności widmowidzenia – tych jednak Cain nie posiadał. Zaś tę czarną mógł tropić jedynie po jej smrodzie, teraz jednak przykrywanym przez coś innego. A może wcale nie przykrytą niczym? Mógł oczyścić powietrze wokół siebie i… co wtedy? Wtedy nie czuł niczego specjalnego, niczego nadzwyczajnego, niczego, czego tutaj właściwie szukał.
Jedyne co było nadzwyczajne, to ciche, bardzo ciche pikanie, dotychczas przykryte grubą warstwą… ach, wszystkiego. Dymu, kurzu i hałasu wszelakiego. Teraz jednak, gdy Cain tak się skupiał i wyostrzał wszystkie zmysły, to mógł to usłyszeć. Pik, ciche piknięcia. Jednostajne. A może to to dzwoniące ostrzeżenie przebrzydłej wieszczki, która jedyne co ludziom przepowiadała, to nieszczęścia? A oni nakręcali się, że to już zostało wpisane w ich życiorys i znikąd pomocy?
Czy to twoje serce, Cain, łomocząc obija się o żebra? Czy to w uszach piszczało od ciągłego napięcia? Czy może mugole rozcinali piłami samochody, które okazały się być śmiertelną pułapką? Tak się naprężasz i skupiasz, oglądasz te opadłe kawałki… cegieł, betonu, dachówek, blachy… Czułeś, jak twoje ciało się napręża. Tyle myśli w głowie, tyle bodźców wokół, tyle zniszczenia, tyle nieszczęścia i tyle…
Niczego, czego szukał. To dobrze? Źle? Może dobrze, że to chyba jednak nie czarodzieje. I źle, bo w człowieka uderzała realizacja, że… mugole byli dokładnie tacy sami. Tak samo zepsuci. Tak samo atakowali swoich…
Bletchley kucnął, chowając się za samochody, nie chcąc być na linii widoku biegnących, którzy zbliżali się w jego kierunku. Strzał, dla nieprzywykłych, musiał być przerażający; serce biło mocniej, ciało mimowolnie się trzęsło, oddech przyspieszał. Aurorowi udało się przesunąć, oprzeć o ścianę budynku, i wtedy nastąpił kolejny wystrzał.
Oprócz huku strzału, Cain mógł dosłyszeć świst i głuche puknięcie gdzieś bliżej, jakby… coś małego z dużą mocą i siłą uderzyło tępo w metal gdzieś bliżej. A ułamek sekundy później nastąpiła eksplozja. To był jeden z tych pozostawionych tutaj samochodów. Nie było już piknięcia. Nie było już niczego. Tylko ciągły pisk i ciemność przed oczami.
Cain na bliżej nieokreślony dla niego czas traci przytomność. Obudzi się tam, gdzie siedział - przy ścianie, mocno ranny, ale żywy. Wokół panuje jeszcze większe zamieszanie, płonie kilka samochodów i przybyło trochę gruzów i ludzi; strażacy próbują gasić pożar. Świstoklik nadal jest w kieszeni spodni. Żadnego mrocznego znaku nadal nigdzie nie widać.