Zaczął wątpić w swoje umiejętności łączenia wątków, ale konkluzja była bardzo jasna. Ktoś z kimś miał porządny kłopot i było to więcej osób niż tylko Erik i Nora. Nawet on nie mówił do niej pełnym imieniem, a jeszcze do niedawna tytułował ją panią Norą. Sprawa wyglądała poważnie, ale nie jak kwestia życia i śmierci. Raczej jak kwestia włożenia pewnych części ciała w inne, w nieodpowiedniej konfiguracji. Nagłe zniknięcie Samuela też go zaskoczyło, ale zacementowało przypuszczenia Morpheusa.
Chyba nie rozumiał. Jako jedyny zaliczył, więc w czym problem?
Eh, ta młodzież, wszystko na poważnie, żadnej rozrywki. Młodzież. Przypomniał sobie, że każde już dawno przekroczyło próg dorosłości i przestało być nastolatkami, a niektórzy witali trójkę w dwucyfrowej liczbie lat. Dokończył swoje śniadanie, myśląc o tym, jak życia są zagmatwane. Zawiesił spojrzenie na jabłoniach ciężkich od owoców, a co bardziej trzeźwi i spostrzegawczy mogli zauważyć, że na chwilę patrzył na świat samymi białkami oczu, ale absolutnie nic nie powiedział. Przyszłość milczała.
— Brenno, przeszłaś samą siebie. Było doskonale. A teraz idę ubrać się na stypę. Miejcie mnie i Erika w modłach, bo jak będzie nudno, dowiecie się, co wyczynialiśmy z pierwszych stron Proroka — posłał bratanicy oczko, dopił swoją herbatę i pożegnał się z resztą. Oczywiście częściowo żartował, nie zamierzał wywoływać skandalu obyczajowego, ten ślub prawie takim był sam w sobie, ale kwestią raczej była lista gości. Z pełnym żołądkiem czuł, że senność zaczyna go dopadać, a świat mógł dać mu jeszcze godzinę-dwie, zanim rzeczywiście sięgnie po brzytwę, aby się ponownie ogolić, po przyszykowaną z tej okazji szatę oraz wybierze perfumę.
Jego spojrzenie zawisło na tarteletkach z późnymi truskawkami, pomyślał o Vakelu i poczuł ciężar na sercu. Odpuść. Należy pozwolić głupcowi odejść. Były osoby na tym spotkaniu, które zasługiwały na drugie szanse i powroty, był też on. Istniały na tym świecie rzeczy, który nie miały przyszłości, pomimo istnienia.
Czasami trudno było się z tym pogodzić.
Myślał o powiązaniach wszystkich przy stole, tych co byli, co odeszli, o dawnych miłościach, fatum i nieszczęściach, które zniewalały ich w kajdany społecznych wymagań. O Eriku, od którego oczekiwano czystokrwistej żony i dzieci, nieświadomie traktując go jak wysokiej klasy ogiera rozpłodowego. O Brennie, która mimo niejasnych antypatii Godryka, była najlepszym następcą, miecz Godryka należał się jej. Już dawno wpisał ją jako dziedziczkę czasozmieniacza w swoim testamencie. O Norze, młodej matce, którą wszyscy kochali, ale która nie mogła znaleźć tego, który uczyni ją szczęśliwym i szukała spełnienia w życiu, czegoś więcej, jakiejś radości, która trzymała tożsamość Mabel, jak sekret, w sercu. O Thomasie, który mieszkał w ich domu, bo jego nie był dość bezpieczny, który utracił rodzica i żył z celem na plecach, w tragizmie greckiego herosa, którego los jest tylko jeden, z nadzieją na Wyspy Szczęśliwe. O Samuelu też, dziecku dziczy, któremu nikt nie pomógł, nie wyciągnął ręki od dziwacznych rodziców, odzierających go ze społeczności, czyniąc go wyrzutkiem.
Odszedł, mając nadzieję, że następnym razem, gdy spotkają się w tym gronie, będą mniej samotni.