Tylko że nie znali się. Te oczy pełne radości mogły bardzo szybko zacząć się radować czyimś nieszczęściem - i kogo byłaby to wina? Tego, co krzywdzi, naturalnie. A co z tym, co tak łatwo dał się złapać, choć pułapka była tak oczywista? To pułapka była, tylko nie składała się z przemocy, która byłaby niemile widziana. Tę przemoc zapraszało się w podwoje bram i tam gościło, przy kakao, przy herbacie... przy brandy albo whiskey. Najlepiej podwójnej, żeby jej zapach mieszał się z tym piwnym kwasem. To było wcześniej, teraz był zapach deszczu i ogrodowych kwiatów, których obecność pociągnęła struny harfy we wnętrzu Laurenta. Tak nieświadom był tego, że te dłonie mogły wyciskać z ludzi tajemnice jak cytryny. Jak niebezpiecznie było przebywać z kimś takim, na ile można było mu zaufać? Co chciałby zobaczyć, a czym zainteresowany nie był? Jeśli ta znajomość pójdzie dalej, to może dopiero zacznie się interesować? Nie było prostej odpowiedzi, kiedy sytuacja mogła mieć tylko rozwiązań i tyle wypadkowych na boki. Miał przed sobą niebanalnie utalentowanego czarodzieja. To było wspaniałe. Tylko czy warto było wyciągać te okrutne sekrety z ludzkich głów, żeby potem samemu przeżywać ich tragedie..? I wszystko to po to, żeby co? Napisać książkę? Zyskać sławę? Chciało się myśleć o drugim człowieku w jak najlepszych kategoriach, tak jak o sobie samym - nie to mówił mu jeszcze wczoraj Perseus Black, jego własny terapeuta? Nosić wrażliwość jak tarczę i broń, nie zbrodnie tego świata i wszystko, co obdzierało z piękna i delikatności.
- Być może. - Lakoniczna odpowiedź nie pasowała za bardzo do jego ust, ale też i aż tak daleko posunięta zagrywka nie pasowała do tego, za jakiego chciał uchodzić. Nie pasowała do obecnych czasów jego życia, musiała nie pasować. Za to aż za dobrze wpasowywała się do przeszłości, która urodziła strach przed tym, że ktoś zabierze cię w złe miejsce i... zrobi coś jeszcze gorszego. Małe to miało znaczenie, kiedy na jego pasie spoczęła męska dłoń i zażegnała dystans między ich ciałami. Wyciągnął do niego dłonie, by przesunąć nimi po jego ramionach, zbadać ich napięcie, zsunąć je na barki. Przeszył go przyjemny dreszcz od ciepłego oddechu tuż przy jego skórze. - Tymczasem ja czuję wanilię. - Tak, to prawda, śmierdział tytoniem, ale teraz ten gryzący zapach mu nie przeszkadzał. Nie kiedy sam palił i się napił, a alkohol rozgrzewał żyły i uwypuklał wartość kontaktu skóry ze skórą. I napiął się cały, gdy dotknęły go usta i zęby, wygiął się, przylgnął do niego, oparł na nim. Odchylił głowę na bok i zacisnął palce na jego marynarce westchnąwszy rozkosznie.
- Tak. - Wyszeptał, ale w ogóle się z miejsca nie poruszył. Tylko całkiem sugestywnie poruszył, ocierając o niego jak rasowa kotka.