Były takie chwile, gdy Morpheus żałował picia i zarwanych nocy. Nadal był wystarczająco pijany, aby jeszcze nie dotarły do niego konsekwencje jego wyborów życiowych. Zresztą, należał do tych osób, którzy wysysali energię z otoczenia i czasami po czterdziestu ośmiu godzinach na nogach plus pożyczonym czasie, nadal wyglądała jak (już nie tak) młody bóg. Sekretem było utrzymanie wysokiej koncentracji na obecnej chwili i warstwa dodatkowej troski o przedstawienie powłoki mięsnej.
Dlatego, chociaż gdzieś zgubił swój czarny szal, koszula w kwiaty nie nosiła żadnych oznak zgniecenia czy zabridzenia, a włosy niemalże magicznie trzymały się na miejscu, tak jak cieniutkie kreski na górnych powiekach, sprawiające, że ciemne rzęsy mężczyzny wyglądały niemal bezczelnie.
Jak wyjątkowo dziarsko wyglądający duch, przekroczył próg kuchenny, w jednej ręce trzymając ręcznik. Cofnął się o krok i położył go w korytarzu, na jednej z wielu etażerek, przyozdobionych ciętymi kwiatami. Urwał jedną z piwnoii z kompozycji i założył sobie za ucho, ot, wizja zmroczonego alkoholem umysłu. Pasowała mu kolorystycznie do ubrania.
— Atreus czy Orion? Zawsze was mylę — zapytał aurora, siadając na swoim miejscu przy długim stole, zaraz jednak wstając, gdy przypałętał się też Thomas. Morfeusz zawsze siadał w tym samym miejscu, nawet od spodu blatu widniało bardzo niezgrabnie wyryte czymś ostrym M O R P H, bo kiedyś jeden z jego braci wyśmiał go, że przecież nie jest podpisane. Teraz już było. Miał wtedy może z dziesięć lat, ale do dzisiaj mógł wyczuć kciukiem wąskie wgłębienia, gdy siadał w tym miejscu.
Ze znajomych szafek wyciągnął butelkę nalewki z pigwy i trzy kieliszki na wysokich nóżkach i rozdał pomiędzy ich trzech. Nalał gęstego, żółto-słomkowego trunku do kryształów i przysunął do każdego z nich, samemu częstując się na samym końcu.
Pamiętny narzekań Nory na swoje toasty, zrezygnował ze wspinania się na stół i deklamacji modlitwy do bogów, zresztą łaska Wenus miała wiele minusów, Aresa do picia wzywać nie zamierzał, a Dionizos... Cóż, brakowało jego wyznawców, tańczących satyrów i szalonych kobiet, a on nie chciał wprawiać się w zbyt dobry nastrój w tonach absolutnego hedonizmu. Nie miał z kim spędzić nocy. Dlatego, unosząc kieliszek w górę, powiedział:
— Kto nie pije ten nie żyje, w moim sercu są promile! — i wypił pół zawartości niedużego kieliszka. Mieli grać, a nie spać pod stołem. — Co pan proponuje, panie Bulstrode? I o jaką stawkę? Może o rękę pańskiej siostry?
Zażartował.