04.04.2024, 21:53 ✶
Pewnie minęłaby dziewczynę odstawiającą swój mały taniec, nie zwracając na nią nawet uwagi. Otóż panna Lorien miała poważniejsze problemy na głowie - jej oceny z eliksirów leciały na łeb na szyję, do tego stopnia, że wyjec od ojca był tylko kwestią czasu. Planowała wykuć te cholerne formułki i instrukcje na pamięć, więc szukała jakiejś pustej sali. Z dala od innych.
- Eliksir pieprzowy. Róg dwurożca. Mandgragora i… i.. cholera. Niecierpek. Dobra. Nie cierpię to ja tego dziado…
Jej mamrotanie przerwał kompletnie jej nieznany głos.
Lorka zatrzymała się w pół kroku, z początku nie bardzo rozumiejąc pytania.
Usłyszała je - jasno i wyraźnie. Po prostu kilka trybików nie zatrybiło, kropki w jej mózgu się z początku nie połączyły. Ale to akurat zwaliła na przegrzanie od nauki eliksirów. Zadarła głowę znad pergaminu, dostrzegając na twarzy dziewczyny jeden z najładniejszych uśmiechów jakie widziała w życiu.
- Um…- Odparła jakże elokwentnie.
Spojrzała na łazienkę. Potem na Krukonkę. I znów na łazienkę. Trochę jakby spodziewała się, że wypadnie z niej co najmniej stado żądnych krwi pufków.
Przecież zwykła wizyta w łazience jeszcze nikogo, nigdy nie zabiła, prawda? Okej, może to było wyjątkowo złe porównanie w tym przypadku, biorąc pod uwagę wszystkie (a już zwłaszcza te co ciekawsze i najbardziej nieprawdopodobne) plotki o zamieszkującej toaletę na pierwszym piętrze zjawie, no ale… w zamku pełnym duchów i poltergeistów, każdy zakamarek był nawiedzony. Czasem strach było otworzyć własny kufer i bawić się z rana w zgaduj zgadulę, czy przypadkiem nie wypadnie z niego krwawy Baron.
Ostatecznie zadziałała zwykła, stara jak świat, babska solidarność.
Czy znała się na wypędzaniu uciążliwych łazienkowych duchów? Nie.
Czy była gotowa stać się w tym mistrzem w najbliższe kilka minut? A jakże.
- Pewnie.- Stwierdziła, wzruszając lekko ramionami.
Zrzuciła z ramienia ciężką torbę, pozwalając by opadła z głośnym, łoskotem książek i pergaminów na podłogę. Słyszała historie o tym, że z nawiedzonej łazienki wychodziło się często przemoczonym od stóp po czubek głowy i wolała nie ryzykować zniszczenia prac domowych czy podręczników. Bez większego sentymentu pchnęła stopą torbę pod ścianę, co by się o nią jakiś zamotany pierwszoroczny nie potknął.
Jak prawdziwy (ledwo odrośnięty od ziemi) bodyguard panna Crouch przeszła przez próg, unosząc lekko swoją różdżkę.
- Hej ho! - Zawołała wręcz zaczepnie.- Ej, Maggie?- Nie. Ona się jakoś inaczej nazywała.- Ma… Marge? Marta? Jesteś tu?
- Eliksir pieprzowy. Róg dwurożca. Mandgragora i… i.. cholera. Niecierpek. Dobra. Nie cierpię to ja tego dziado…
Jej mamrotanie przerwał kompletnie jej nieznany głos.
Lorka zatrzymała się w pół kroku, z początku nie bardzo rozumiejąc pytania.
Usłyszała je - jasno i wyraźnie. Po prostu kilka trybików nie zatrybiło, kropki w jej mózgu się z początku nie połączyły. Ale to akurat zwaliła na przegrzanie od nauki eliksirów. Zadarła głowę znad pergaminu, dostrzegając na twarzy dziewczyny jeden z najładniejszych uśmiechów jakie widziała w życiu.
- Um…- Odparła jakże elokwentnie.
Spojrzała na łazienkę. Potem na Krukonkę. I znów na łazienkę. Trochę jakby spodziewała się, że wypadnie z niej co najmniej stado żądnych krwi pufków.
Przecież zwykła wizyta w łazience jeszcze nikogo, nigdy nie zabiła, prawda? Okej, może to było wyjątkowo złe porównanie w tym przypadku, biorąc pod uwagę wszystkie (a już zwłaszcza te co ciekawsze i najbardziej nieprawdopodobne) plotki o zamieszkującej toaletę na pierwszym piętrze zjawie, no ale… w zamku pełnym duchów i poltergeistów, każdy zakamarek był nawiedzony. Czasem strach było otworzyć własny kufer i bawić się z rana w zgaduj zgadulę, czy przypadkiem nie wypadnie z niego krwawy Baron.
Ostatecznie zadziałała zwykła, stara jak świat, babska solidarność.
Czy znała się na wypędzaniu uciążliwych łazienkowych duchów? Nie.
Czy była gotowa stać się w tym mistrzem w najbliższe kilka minut? A jakże.
- Pewnie.- Stwierdziła, wzruszając lekko ramionami.
Zrzuciła z ramienia ciężką torbę, pozwalając by opadła z głośnym, łoskotem książek i pergaminów na podłogę. Słyszała historie o tym, że z nawiedzonej łazienki wychodziło się często przemoczonym od stóp po czubek głowy i wolała nie ryzykować zniszczenia prac domowych czy podręczników. Bez większego sentymentu pchnęła stopą torbę pod ścianę, co by się o nią jakiś zamotany pierwszoroczny nie potknął.
Jak prawdziwy (ledwo odrośnięty od ziemi) bodyguard panna Crouch przeszła przez próg, unosząc lekko swoją różdżkę.
- Hej ho! - Zawołała wręcz zaczepnie.- Ej, Maggie?- Nie. Ona się jakoś inaczej nazywała.- Ma… Marge? Marta? Jesteś tu?